poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Na ile sposobów można skrzywdzić człowieka? - „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, Haruki Murakami. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Tytuł „Na południe od granicy, na zachód od słońca” nawiązuje do pewnej piosenki i choroby mężczyzn mieszkających na Syberii. Sama historia w niej ukazana dotyczy natomiast Hajime, którego imię oznacza „Początek”. I być może to sprawiło, że życie Japończyka prześladowały momenty, w których stwierdzał, że trzeba porzucić przeszłość i zaczynać wszystko od początku.

Nietypowe imię bohatera może poza tym podkreślać jego wyobcowanie. Ale bycie innym od reszty nigdy nie jest aż takie straszne, kiedy mamy obok siebie tę jedną osobę, która też wyróżnia się z tłumu. Dlatego dorastający Hajime znalazł sobie kulawą przyjaciółkę, niemogącą robić tego, co inne dzieci. Shimamoto spędzała z nim czas, wprowadziła w świat muzyki, ale przede wszystkim... przez lata nie dawała o sobie zapomnieć.

Czym jest cierpienie? Melancholią, tęsknotą, pustką, samotnością... Hajime próbuje zbudować sobie dobre życie, ale te uczucia wciąż mu towarzyszą. Dają się łatwo zagłuszyć, a ich moc słabnie, kiedy mężczyzna poznaje kolejne kobiety i odnosi sukcesy. Jednak w którejś chwili cierpienie zawsze wypływa na powierzchnię. A wtedy nie jest ważne, czy życie z wierzchu wygląda na kiepskie, czy udane. Wtedy wszystko się skomplikuje. I pewnie znowu będzie trzeba zaczynać od początku.
Jednocześnie ciągle nam w tej historii towarzyszy wrażenie, że gdyby nie jeden błąd, tego ciągłego uciekania by w ogóle nie było.

Główny bohater cierpi, choć nie jest typową ofiarą losu zasługującą na nasze współczucie; takie uczucie wywołują w nas raczej krzywdzeni przez Hajime ludzie. Mężczyzna nie kieruje się bowiem dobrem bliskich, a własnymi impulsami, przez co rani innych, a przy okazji i siebie.
Mimo to nietrudno jest nam siebie w Hajime dopatrzeć. Bo kto z nas nie tęsknił za dawną znajomością, która się urwała? Kto nie żałował... Pustki w czasie i pustki w sercu? Niezależnie od okoliczności rozstania, jeżeli tylko ktoś nie zastąpi nam miejsca osoby, która dawniej była blisko nas, zawsze będziemy za nią tęsknili. Tym większy ból, im ważniejszy był dla nas utracony człowiek. A dla Hajime Shimamoto była jedyną osobą, która kiedykolwiek go naprawę rozumiała.

Dla Murakamiego ważna jest kwestia czasu. Jest on dla niego zagadką, którą często próbuje w swoich powieściach rozwiązać. Miałam z tym do czynienia na przykład w „Śmierci Komandora, kiedy to pojęcie się w pewien sposób zniekształcało, było płynne. Za to w „Na południe...” czas przypomina bohatera, który pojawia się przy każdej nieszczęśliwej sytuacji. Murakami idzie w stronę typowego „Chwytaj chwile, doceniaj ludzi, bo potem będzie za późno”, ale robi to w specyficzny sposób. Przedstawia raczej sytuacje, w których z niepokojem dostrzegamy, że na pewne rzeczy już nie wróci czas i nie jest to od nas zależne. Już miały w nim miejsce inne wydarzenia - i nic tego nie zmieni. Ta świadomość pozostawia chłód w sercach bohaterów, rani ich jak mroźne igiełki. Bo „Ten czas istniał tylko wtedy, tylko tam”.

W powieści podobał mi się również temat pracy i pieniędzy, przy okazji którego wytknięte zostaje, że sama ciężka praca rzadko wynagradza nas wielkim majątkiem. Do tego potrzeba szczęścia, ale najczęściej po prostu oszustwa, przekrętu. Nie jest to najważniejsza kwestia w powieści, ale jednak rzuciła mi się w oczy. Była jednym z wielu elementów, przez które Hajime czuł, że rzeczywistość, w której żyje, pełna jest obłudy.

Być może nie przeczytacie tej książki, albo też będziecie mieli po niej zupełnie inne myśli, niż ja, dlatego ja Wam to powiem - coś z tej powieści bardzo istotnego. Pamiętajcie: udane życie nie jest synonimem szczęścia.


Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.

tytuł oryginału: Kokkyo-no minami, taiyo-no nishi, tłumaczenie z angielskiego: Aldona Możdżyńska, pierwsze wydanie (japońskie): 1992, liczba stron: 231

czwartek, 1 sierpnia 2019

Thirty Seconds to Mars w Dolinie Charlotty, czyli jedyny koncert z pierogami. Relacja


W tytule mogłabym też napisać parę innych rzeczy, bo koncerty Thirty Seconds to Mars składają się z wielu niepowtarzalnych elementów. Ci, którzy wychodzą z nich zawiedzeni, martwią się pewnie tylko o to, że... Tym razem nie udało im się dostać na scenę. Albo że był problem z ochroną (co niestety zdarza się zbyt często, choć z mojej perspektywy w tym roku było w porządku).


Thirty Seconds to Mars wiedzą, czym jest show. Blisko 10 tysięcy fanów doskonale bawiło się w czwartek (25 lipca) w Dolinie Charlotty. Zobacz fotogalerię
źródło: https://gp24.pl/


Amerykański zespół Thirty Seconds to Mars jest już na drugiej trasie koncertowej z wydaną w 2018 roku płytą AMERICA. Jeśli ja miałabym oceniać, to powiedziałabym, że na wyjście nowych płyt musimy czekać stosunkowo długo. Wpływ na to może mieć Jared Leto, wokalista zespołu i aktor, który pomiędzy wydawaniem albumów pracuje na planach filmowych... Z pewnością jest to ostatnia osoba, której można zarzucić brak pracowitości.
Każda z pięciu płyt zespołu jest inna, przez co w środowisku fanów tak właściwie zawsze  da się słyszeć jęki pokroju "to już nie ten zespół, co dawniej". Niektórzy nie są w stanie zaakceptować nowych dźwięków i  postępującego odchodzenia zespołu od rocka. Ale pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Na przykład energia i emocje, jakie czuć podczas każdego z ich występów.

25 lipca, pomniejszony o gitarzystę zespół wystąpił w amfiteatrze w mieszczącym się nieopodal Słupska kompleksie Dolina Charlotty. Miejsce było niespodziewaną odmianą od stadionów, na których Thirty Seconds to Mars dotychczas w Polsce występowali. I choć niektórzy mieli obawy, koncert nas pozytywnie zaskoczył. Kameralność, nagłośnienie chwalone przez osoby zajmujące miejsca wyżej, brak ścisku chwalony przeze mnie i innych stojących pod sceną. Na stadionie byłoby o to trudno...

Ostatnia piosenka. Zespół razem z tłumem fanów.

W trakcie koncertu pojawiło się wiele piosenek z ostatniej płyty, ale zespół wrócił też do drugiej, grając ukochaną przez wielu piosenkęThe Kill”. Usłyszeliśmy też aż sześć utworów z albumu „This is War”. Do przewidzenia były kawałki, w trakcie których można było zatańczyć z zespołem na scenie - standardowo były to „Rescue Me” i „Closer To The Edge”.
Krótkie wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: jeśli stojąc w tłumie zwrócimy sobą uwagę Jareda lub Shannona (perkusisty), istnieje prawdopodobieństwo, że Jared wskaże na nas ręką i wypowie magiczne słowa „Yes, you”, dzięki którym w trakcie utworu granego na końcu będziemy mogli być na scenie, a nie przed nią. To teoria.
W praktyce po usłyszeniu „Yes, you” czeka Was jeszcze wiele przeszkód. A tu ochrona nie chce Wam pomóc przejść przez barierki i nie możecie iść do upragnionego miejsca. A tu ludzie wśród publiczności są niemili i nie mają najmniejszego zamiaru umożliwić Wam wydostania się z tłumu. Zawsze się to niektórym przytrafi, ja na krakowskim koncercie w poprzednim roku również miałam ten problem. Ale takie sytuacje chyba już dawno przestały fanów dziwić.


Shannon Leto i jedyna śpiewana przez niego piosenka na albumie AMERICA - Remedy

Jednak możliwość wejścia na scenę nie była jedyną rozrywką. Miłość zespołu do polskich pierogów jest powszechnie znana, a w tym roku dodatkowo potwierdzona poprzez ich gest, jakim było rozdawanie pierogów publiczności. Pieroga dostałam też ja, choć przez energiczne wymachiwania ludzi spadł on na ziemię i pobrudził się piachem. Do domu przetransportowany został w etui na okulary i w tej chwili stanowi zamrożoną pamiątkę.
Bardziej niż pierogi zaskoczyły mnie jednak koła do pływania w kształcie jednorożców, które spadły na nas w trakcie „Hail To The Victor”. Zupełnie się ich nie spodziewałam, a przez sekundę byłam nawet wystraszona, bo nie wiedziałam, co się dzieje.
Miłe było również podejście Jareda, który na początku koncertu zwrócił się do ludzi stojących wyżej słowami brzmiącymi mniej więcej „If you want to come down, you have my permission. Just be kind to each other, be gentle”. Z tego powodu wiele osób mogło się w trakcie występu znaleźć bliżej zespołu, niż było to możliwe na początku, po wejściu na sektor.

A co nas nie zaskoczyło? Strój i buty Jareda Leto, który na koncerty i na co dzień, nie licząc występu w Łodzi poprzedniego roku, zawsze zakłada dziwne ubrania, z założenia kompletnie do siebie nie pasujące. Dobry kontakt zespołu z publicznością. Ochrona, która miała zagwozdkę, jak wpuścić ludzi do środka. Wybranie przez organizatora supportu, który nie był w guście większości zgromadzonych ludzi.
Będąc na piątym koncercie Thirty Seconds to Mars byłam poza tym pewna, że zobaczę parę osób, które widzę na każdym koncercie. Nie zawiedli mnie. Publiczność zawsze się zmienia, a jednak tłum stojący pod samą sceną jakoś nigdy nie przeszedł gruntownej przemiany.

Confetti na Closer To The Edge
 
Dolina Charlotty z pewnością pozostanie w mojej pamięci miłym miejscem, w którym spotkałam sympatyczne osoby i przeżyłam niezapomniane chwile. Co prawda zespół nie przywitał się z nami, kiedy po koncercie wraz z kilkoma osobami szliśmy obok ich samochodów, licząc na zobaczenie choć cienia ich uśmiechu, ale zgorzknienie nie trwało długo. Bo dzięki temu wieczorowi po raz kolejny przekonałam się, ile muzyka daje szczęścia i jak jest w stanie połączyć ludzi. Poza tym... Dobrze jest iść na koncert i być pewnym, że rozczarowania nie będzie...


Wszystkie zdjęcia z wpisu, jeśli nie zaznaczyłam źródła, zostały zrobione przeze mnie.

poniedziałek, 29 lipca 2019

O drodze ku przeznaczeniu - „Nie opuszczaj mnie”, Kazuo Ishiguro. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Czasami jesteśmy w stanie książki przewidzieć. Rzadko się nad tym zastanawiamy... o ile nie chodzi o kryminał. Tam zakończenie odgrywa ważniejszą rolę niż w innych powieściach. Ale kiedy mówię "książka", mam na myśli całą lekturę. Gdzieś w naszej głowie, czytając tył okładki, tworzy się domniemany obraz fabuły, narracji...
Jednak niektóre powieści są mniej oczywiste. Mogą dotyczyć elementów, z którymi często się stykamy, ale gdy zaczniemy je czytać to dostrzegamy, że coś się różni. Coś się zmieniło. Myślicie: "Co się stało tej narracji?" albo "Dlaczego książka o czymś kontrowersyjnym ma w sobie taki spokój?". Możliwe, że takie właśnie myśli będą Was nawiedzały podczas lektury „Nie opuszczaj mnie”.

Opowiadanie o fabule w przypadku tej książki nie jest według mnie wskazane. Ta powieść nieco różni się od innych i nie należy jej zamykać w ramy "książka o tym i o tym", bo zapewne odbierze to tylko przyjemność z lektury. Jak więc tu Was zachęcić lub, w zależności od Waszego gustu, zniechęcić do spotkania z tą książką?
Powodem, dla którego nie chcę zbyt wiele zdradzać, jest świat młodych ludzi kryjący się na kartach „Nie opuszczaj mnie” - świat dzieci, którym niewiele się mówi. Mieszkają odizolowani od reszty społeczeństwa, ale nikt im nie powie dlaczego. Czym różnią się od innych, skoro są przecież dokładnie tacy, jak inne dzieci?
Narratorka, czyli Kathy, patrzy wstecz na swoje życie i zaczyna opowieść o szkole, w której się wychowała. Różne uczucia i sytuacje z dzieciństwa są przez autora opisane po mistrzowsku, z dużym wyczuciem, szczegółami. Nam samym zaczyna się przypominać, jak świat wyglądał, kiedy miało się kilka lat. Te opisy nie wywołują jednak sielankowego nastroju, bo wraz z dorastającymi bohaterami dowiadujemy się o czekającej na nich przyszłości. Mrocznej, tajemniczej, o której niewiele wiadomo, nawet kiedy jest już bardzo blisko...
  
Kazuo Ishiguro jest Anglikiem japońskiego pochodzenia i to właśnie w Anglii odgrywają się wydarzenia opisane w „Nie opuszczaj mnie”. Wydaje mi się jednak, że to co mówi się o japońskich pisarzach można też powiedzieć o Ishiguro. Jego styl wyróżnia się na tle innych autorów. Przypomina mi za to o Murakamim i o komentarzach odnośnie japońskich powieści, że one jakoś "wolno idą na przód". Momentami miałam wrażenie, że „Nie opuszczaj mnie” nigdzie nie idzie, a jedynie udaje ruch.

Specyficzne są również retrospekcje, pojawiające się co krok. Już na początku trafiamy do przeszłości, bo narratorka jest dorosłą osobą mówiącą o dzieciństwie. Ale kiedy już jesteśmy w dzieciństwie, to cofamy się o miesiąc, od tego miesiąca o tydzień, bo "nie mogę opowiadać dalej, jeżeli nie słyszeliście o tamtym". Mnie nie było trudno się połapać, co i jak, niemniej uznaję ten zabieg za unikalny. Domyślam się, że Ishiguro łatwiej  było popisać się swoimi zdolnościami opisywania historii ze szczegółami, kiedy nadał im kształt wspomnień. Jednak z pewnością bardzo trudno było książkę w ten sposób napisać. Autor sam stworzył sobie labirynt, po czym zwycięsko z niego wyszedł. Jeśli nie tym jest odwaga, to czym?

W „Nie opuszczaj mnie” odnalazłam wiele ciekawych elementów, z czego najbardziej interesującymi były właśnie opisy dzieciństwa. Wyjątkowy jest również sposób, w jaki autor opisał sprawę niejednoznaczną. Nie zapominajmy poza tym, że to powieść o relacjach w przyjaźni i miłości. Ale specyficzna. Polecam raczej osobom szukającym czegoś nowego, a nie tym, którzy wypatrują jedynie czegoś, co pozwoli im się zrelaksować.
 
Kazuo Ishiguro to urodzony w Nagasaki pisarz, który w 2017 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Dwie z jego powieści doczekały się ekranizacji. Jedną z nich była książka „Okruchy dnia”, która otrzymała nagrodę Bookera. Rodzina pisarza przeprowadziła się do Anglii, gdy ten miał pięć lat. Powodem miało być podjęcie przez ojca pracy w National Institute of Oceanography. Ishiguro twierdzi, że dorastanie w japońskiej rodzinie umożliwiło mu rozwinięcie w sobie perspektywy innej od tej przyjętej przez jego rówieśników.


liczba stron: 319 (ale rozmiar czcionki niewielki), tłumaczenie: Andrzej Szulc, tytuł oryginału: Never let me go, książka w języku angielskim została wydana w 2005 roku