Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Kiedy straszą cię podwójne metafory - "Śmierć Komandora. Metafora się zmienia", Haruki Murakami. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek

Pierwszy tom powieści "Śmierć Komandora" był pełen malarskiej codzienności, rozwijała się w nim atmosfera tajemnicy, liczne myśli zdawały się biec ze sobą równolegle i czytelnik myślał, że w końcu zbiegną się w pięknej kulminacji. Tylko okazuje się że... Nic z tych rzeczy.

Tom "Metafora się zmienia" czyta się równie miło, co tom pierwszy. Czytelnicy kończyli go z poczuciem, że potrzebują poznać odpowiedzi na gromadzące się w wielkich ilościach tajemnice. We mnie dominowała też niechęć do rozstawania się z dobrze stworzonym bohaterami - choć przyznajmy, nieśmiała nastolatka, która bez skrępowania mówi obcemu o rozmiarze swoich piersi, to jak na nasze europejskie standardy trochę dużo. Ale to właśnie bohaterowie z pierwszego tomu są jedynym elementem, którego się spodziewacie, i który otrzymacie. Reszty nie sposób się spodziewać, bo 'reszta' przepełniona jest fantastycznym niewiadomo czym.

"Mimo że kogoś tu zabijają i jest dużo krwi, obraz nie przygnębia patrzącego  Próbuje mnie przenieść w jakieś inne miejsce. Takie, w którym są inne kryteria tego, co słuszne, a co niesłuszne."

Żyję w przeświadczeniu, że z jakiejkolwiek książki tego pisarza będę zadowolona. Odpowiada mi sposób, w jaki myśli. Może mi się jednak jego praca podobać mniej lub bardziej. Przy "Śmierci Komandora" miałam wątpliwości, jak podejść do przedstawionej w niej historii. Wszystko przez to, że zamiast ładnie poprowadzić akcję, tak aby doprowadziła do rozwiązującego wszystko punktu, autor postanawia niczego nie rozwiązywać. Przekaz jest dosyć jasny, jest skutkiem chęci pokazania, że nie wszystko w prawdziwym życiu kończy się tak, jak przedstawiają to wykreowane przez człowieka opowieści. Dla zakończenia, z którego płyną takie wnioski, możnaby odżałować brak spektakularnego punktu kulminacyjnego. Ale ciężko jest mi przełknąć to, że taki koniec w tej książce wydarzył się jakby z przypadku. Słowa bohaterów sugerują jedno, akcja mówi inaczej, zakończenie wszystkiemu przeczy. Z książki robi się miska z sałatką, do której wrzuciło się wszystko.
Może nie powinniśmy się złościć? Elementy tej powieści to prawdziwe perełki, nawet jeśli nie zostały splecione w naszyjnik, który mogłaby nosić królowa Elżbieta.

Patrząc na te moje zażalenia, pewnie można pomyśleć, że powinnam być w jakiś sposób zawiedziona. Ale to tak naprawdę są wszytko zażalenia pozorne. Ten tom, jak i poprzedni, bardzo miło wspominam, jest w nich wiele wartościowych treści. Po prostu nie zawierają w sobie tego, co większość książek uznawanych za dobre posiada. Ja jednak i tak tęsknię za tym światem, który stworzył Murakami. Światem będącym częścią rzeczywistości, a mimo wszystko innym. "Śmierć Komandora" to świetna historia, jednak jej mocniejszymi punktami są bohaterowie i sposób przedstawiania rzeczywistości przez Murakamiego, a nie poprowadzenie fabuły.


"Zupełnie jakbym słuchał opowieści o pięknych kanałach na Marsie. Marsjanie pływają po nich długimi wąskimi łodziami o zaostrzonych dziobach, wymachując złotymi wiosłami. Palą przy tym miodowe papierosy wkładając je do uszu. Od samego słuchania robi się człowiekowi cieplej na sercu... "



Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

„W jak głęboką samotność może człowieka wpędzić prawda” - „Śmierć Komandora. Pojawia się idea.”, Haruki Murakami. Recenzja

recenzje książek
W swojej pierwszej od pięciu lat powieści, Haruki Murakami zwyczajowo zabiera się za temat wyobcowania. Jego bohater to artysta, którego spotyka samotność, ale razem z nią pojawiają się w jego życiu wydarzenia niezwykłe.



 „By zniwelować gwałtowny strach czy cierpienie, albo przynajmniej je złagodzić, mobilizuje w pełni wszystkie uczucia i zmysłowe doznania, które ma akurat pod ręką. Tak samo tam, gdzie jest pożar, zanosi się wszystko co tylko można napełnić wodą.”

Jakbyście się czuli, mieszkając w domu legendy, człowieka, którego postać jest Wam równie bliska, co obca? Gdybyście zaczęli się obawiać, że Wasze losy potoczą się podobnie jak te nieszczęśnika z fikcji literackiej? A gdybyście mieli w domu ważny obraz niewiadomego znaczenia?
Całkiem sporo tych zagadek jak na jedną książkę...

Murakami to pisarz, który do perfekcji opanował piękne opisywanie codzienności. W pierwszym tomie „Śmierci Komandora” wprowadza nas w otoczenie japońskich gór i malarstwa, przeplata to muzyką operową i europejską kulturą, opowiadając nam życie postaci tylko z pozoru wiodącej spokojne, przyjemne życie. W rzeczywistości jest to historia tchnąca samotnością, ale też nadziejami, które pozostają w zawieszeniu; myślami na temat tego, czy człowiek nie jest przypadkiem tylko stertą prochu; odzwierciedleniem uczuć każdego wrażliwego człowieka, który oddali się na chwilę od serca społeczności, czyli miasta.


 „Można to porównać do trzęsienia ziemi powstającego głęboko na dnie morza. To świat ukryty przed ludzkim wzrokiem, nie dociera do niego światło słoneczne, innymi słowy, wielka zmiana ma miejsce na wewnętrznym terenie podświadomości. Jej efekty docierają na powierzchnię, wywołując reakcję łańcuchową i w końcu przyjmują widoczną dla nas formę.”


Niezwykle ważny aspekt tej powieści stanowi wnikliwa analiza procesu twórczego. Z racji tego, że główny bohater jest portrecistą, skupia się ona na malarstwie. Czytając o pracy mężczyzny odnosiłam wrażenie, jakby Murakami sam całe życie spędził przy płótnie - widocznym więc jest, jak wiele pracy autor włożył w odpowiednią kreację bohaterów. Nie dostajemy tylko powierzchownych informacji pokroju 'on lubił malować od zawsze, to był jego talent, który wszyscy zawsze dostrzegali' jak to było na przykład w „Art and Soul” i wielu innych powieściach, w których sztuka występowała tylko teoretycznie i pewnie na tylnej okładce. „Śmierć Komandora” to wszystkie oblicza życia artysty. Niechęć innych do jego pracy, czasem brak możliwości aby malować to, co się pragnie i rzeczywisty proces pracy malarza to istotne części tej powieści.

Przedstawiona tu historia toczy się z początku wolno, ale później coraz bardziej nabiera tempa. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z fikcją, co przez krótki moment nawet sprawiło na mnie wrażenie, jakby za tekst wziął się jakiś mało doświadczony w pisaniu Japończyk udający Neila Gaimana. Bo choć elementy nierzeczywiste uznaje się za nieodłączną część pisarstwa Murakamiego, według mnie to z tymi emocjonalnymi warstwami autor radzi sobie najlepiej. Nieprzyzwoicie wręcz dobrze.

W dzisiejszym tekście nie będzie podsumowania emocji i refleksji, jakie towarzyszyły mi w czasie lektury, ponieważ mowa tu jedynie o pierwszym tomie powieści, którą w Polsce rozdzielono na dwie osobne książki. Jednak po jej skończeniu od razu sięgnęłam po drugą, bo zbyt się związałam z opowieścią, aby móc przerwać ją jakąś inną - niech to póki co pozostanie moją rekomendacją.





 Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.


liczba stron: 473. Książka wydana przez wydawnictwo Muza w 2018 roku. tłumaczenie:  Anna Zielińska-Elliott. tytuł oryginału: Kichidanchogoroshi Daiichibu. Arawareru idea hen

poniedziałek, 3 września 2018

Tajemnice życia w metaforze zwanej tańcem - „Tańcz, tańcz, tańcz”, Haruki Murakami. Recenzja

„Ktoś nade mną płakał. Ktoś płakał nad tym, nad czym ja nie mogłem płakać.”

Powieść „Tańcz, tańcz, tańcz” jest kontynuacją powieści „Przygoda z owcą”, jednak ja, jak zwykle nękana przez klątwę nieczytania książek po kolei, najpierw przeczytałam tę. Nie zrobiło to żadnej różnicy, a jednak warto wiedzieć, że nie jest to książka istniejąca kompletnie samoistnie.
Murakami napisał ją po „Norwegian Wood”, książce, dzięki której stał się popularny, i która odbiegała od zwykłej twórczości autora - nie była utrzymana w realizmie magicznym. Mimo że w „Tańcz, tańcz, tańcz” mamy już elementy nierzeczywiste, to w przeważającej części, podobnie jak w książce ją poprzedzającej, jest pełno sentymentalizmu, rozważań, kwestii dorosłości. Jednak trochę się to przedstawienie dorosłości od tego w „Norwegian Wood” różni, bo tam czytaliśmy o życiu studenta, a tu mamy trzydziestoczteroletniego mężczyznę.

Bezimienny bohater czuje się zagubiony, jest trochę tajemniczy, nie znamy nie tylko jego imienia, ale również o jego przeszłości dostajemy szczątkowe informacje. Toleruje swoją pracę, polegającą na pisaniu wszystkich artykułów, których nikt inny nie chce pisać, i nazywa ją kulturalnym odśnieżaniem - jest to coś potrzebnego, ale nieciekawego. W dodatku życie mężczyzny przypomina hotel: ludzie do niego wchodzą, żeby zaraz wyjść i nie wrócić. Jedynie on pozostaje w jednym miejscu. Nieraz zastanawia się nad systemami rządzącymi światem, kapitalizmem, i dostrzega, że jest 'nie na czasie'.
Postać samotna, sama chodząca do kina i z dokładnością przyrządzająca jedzenie, które zje w swoim własnym towarzystwie. Jaki jest w takim bohaterze potencjał? O rany.


„To już nie są czasy takich czy innych systemów myślenia. Dawniej takie rzeczy miały wartość, ale teraz już nie. Wszystko można kupić za pieniądze. Nawet sposób myślenia. Można kupić odpowiedni i podłączyć się do niego. To proste. Gotowe do użytku. Wystarczy połączyć A i B. Kiedy człowiek za bardzo się przejmuje systemami, zostaje w tyle. Przestaje być elastyczny i zaczyna przeszkadzać innym.”

Taki bohater z pewnością nadaje się dla wolnego tempa, jakie ma ta książka. W tej historii się ono sprawdza, jest przemyślanym elementem, który jednak czyni powieść cięższą, niż się z pozoru być wydaje. Dlatego mimo, że akcja idzie gładko i bez potknięć, to czasem nie od razu jesteśmy w stanie się w to życie bohatera wciągnąć - tak przynajmniej było ze mną.
Mam też wrażenie, że właśnie przez to tak wiele osób po przeczytaniu „Tańcz, tańcz, tańcz” zaznacza, jak niełatwo jest o tej powieści coś powiedzieć. Zwyczajnie ciężko ją złożyć w jedno. Jest rozlazła jak gęsty płyn, który rozlał się nam na podłogę. Jak sprzątnąć z podłogi tę ciecz? Jak napisać taką recenzję? Można to i tak ująć.

Po raz kolejny rzeczą, którą trzeba u Murakamiego docenić, jest obecność muzyki -jak dla mnie zastanawiająca; bohater tyle o niej wie, a nie widzimy ku tak dobrej jej znajomości przyczyny, powodu, dla którego on by taką wiedzę posiadał. Może patrząc na tytuł nie powinniśmy się dziwić - w końcu do czego się tańczy, jak nie do muzyki? Ciekawe dlaczego?
Niezależnie jednak od tego, dlaczego tak właściwie w tej powieści pada tyle nazw utworów i zespołów, czyni to ją wartą polecenia komuś, kto chciałby poszerzać muzyczne horyzonty lub po prostu mu się taki element podoba.

To było o tej treściwej stronie książki. Tę abstrakcyjną trudniej opisać. Mamy tu postacie z pogranicza fantazji i takie też miejsca, a wszystko toczy się dookoła głównego bohatera, który w swoim przewróconym do góry nogami życiu próbuje odnaleźć odpowiednią ścieżkę. Świat rzeczywisty i ten z pogranicza snów mu w tym pomagają, jednak żeby mężczyzna mógł się znowu 'połączyć', muszą go w międzyczasie spotykać różne nieprzyjemności. Pojawiają się też w jego życiu ludzie nowi, dziwni, tajemniczy, będący kluczami do niektórych pytań. To idiotyzm.
Zastanawiam się, czy po przeczytaniu tej powieści ktokolwiek czuje, że może powiedzieć „chodziło tu o to i o to”. Ja raczej nie do końca tę metaforyczną fabułę rozumiem, ale jednocześnie mam wrażenie, że autor w ten właśnie sposób chciał nam przekazać coś ważnego, ale ulotnego, nie dającego się zamknąć w definicji, ale nam potrzebnego.

Wyglądasz bardzo zdrowo. Opalenizna jest czarująca. Wyglądasz jak duch café au lait. Ładnie byś wyglądała z jakimiś fantazyjnymi skrzydełkami na plecach i łyżeczką na ramieniu. Duch café au lait. Gdybyś została stronniczką café au lait, nie dorównałyby wam mocca, brazylijska, kolumbijska i Kilimandżaro razem wzięte. Na całym świecie ludzie piliby café au lait. Świat byłby zauroczony café au lait. Twoja opalenizna jest tak czarująca."

Wyrażenia: 'O rany', 'Ciekawe dlaczego?', 'Można to i tak ująć' i 'To idiotyzm', pojawiły się w recenzji w nawiązaniu do stylu powieści, który ma własną specyfikę, a objawia się ona między innymi w ciągłym powtarzaniu tych zdań.
  

 Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.



Książka wydana w 1988, w Polsce ukazała się w roku 2005, za pośrednictwem wydawnictwa Muza. Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott. Liczba stron: 530.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Rodowód pełen magicznego temperamentu - ,,Sto lat samotności", Gabriel García Márquez. Recenzja

Istnieją na tym świecie książki dobre i genialne, oraz rodziny dziwne i dziwniejsze. ,,Sto lat samotności" to książka genialna, o najdziwniejszej z rodzin.

Przez złożoność tej powieści, postrzegam ją w dwóch wymiarach: w pierwszym jest to charyzmatyczna saga rodzinna zamknięta w świecie magii i klimatu Ameryki Południowej, w drugim mamy mroczne relacje rodzinne przepełnione kazirodczymi związkami i wylewającą się z książki samotność. Recenzję o dziejach rodu Buendia, obejmującą sześć pokoleń, zacznę od wymiaru optymistycznego, bo i od niego rozpoczy się ,,Sto lat samotności".

Gabriel Garcia Marquez przenosi nas do świata mieszkańców Macondo, którzy zainteresowani są wynalazkami - magnesem, teleskopem, lupą. Pierwszy mężczyzna z rodu Buendia, jakiego poznaje czytelnik, czyli Jose Arcadio Buendia, nieumiejętnie próbuje wykorzystać te przedmioty przy znajdowaniu złota i przeciwko wojsku nieprzyjaciela. Nie obywa się bez uszczerbku na zdrowiu i zadraśnięciu domowego budżetu. Jednak kiedy przez kolejne miesiące Jose Arcadio Buendia wznawia próby dowiedzenia czegoś wielkiego, zajmują go astrolabium, kompas i sekstans. Fascynacja tymi wynalazkami, dopiero co przybyłymi do oddalonego od wszystkiego Macondo, prowadzi go do przełomowego odkrycia :

,,Ziemia jest okrągła jak pomarańcza."

Na takie rewelacje cała osada reaguje wyzwaniem Josego Arcadia Buendii od szaleńców.
Jednak jeden człowiek dostrzega inteligencję mężczyzny, i powierza mu laboratorium alchemiczne. Kolejny niewypał i zmarnowane zasoby.
Wynalazki doprowadzają Josego Arcadia Buendię do niepowodzeń; mimo to dzięki wytrwałości i śmiałości badacza, udaje mu się stworzyć coś innego - dobrze prosperujące i szczęśliwe miasto. Macondo staje się miejscem samowystarczalnym, a jego tradycje nawiązują do zwyczajów rodzimego miasta pisarza.

Obraz miasta składa się na fundamenty tej powieści, jest jej tłem. Macondo wraz z rozwojem akcji zmienia się, jakby było odzwierciedleniem stanu psychicznego bohaterów w danym momencie. To właśnie tam jest centrum dziejów rodziny opisanej na kartach powieści Garcii Marqueza.

Mieszkańcy Macondo znajdą rozwiązanie na każdą zmorę. Kiedy osadę nawiedza plaga bezsenności, skutkująca utratą pamięci, ludzie zaczynają nalepiać kartki na wszystko składające się na ich codzienność, dlatego krowa ma na sobie informację:

,,To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem."

Kiedy zapomniane staje się też pismo, do Macondo przychodzi ktoś z zewnątrz i ratuje sytuację. Czasem to przepowiednia widziana w upadłym ze stołu garnku ratuje sytuację. Zawsze coś odwiedzie mieszkańców od zniszczenia. Przynajmniej do czasu.

Ważnym elementem tej książki jest historia Kolubmii. Wraz z wyniknięciem wojny domowej pod koniec XIX wieku, na Macondo spadają pierwsze poważne tragedie. W kraju ma miejsce konflikt Konserwatystów z Liberałami, na wskutek którego Liberałowie pragną wojny. Ma to wpływ nawet na oddaloną od wszystkiego osadę Macondo. Wśród zgodnych, żyjących bez politycznej namiętności ludzi, pojawia się jeden człowiek-podpałka, który przekonuje młode osoby do nienawiści wobec Konserwatystów. Kiedy syn Josego Arcadia Buendii staje się jedną z ważniejszych osobistości trwającego konfliktu, decyduje to również o przyszłym losie miasta; natomiast w czasach późniejszych, kiedy ,, Wielu [żołnierzy] nie wiedziało wcale, o co walczy", wojenne widmo w dalszym ciągu wisiało nad rodziną Buendich.

,,Nie rozumiał , że można potrzebować tylu słów na wytłumaczenie tego, co się czuje na wojnie, kiedy wystarczy tylko jedno: strach."

W książce ukazane są też odwieczne zjawiska wojnie towarzyszące. Niektórzy wraz ze zmianą siły przewodzącej, podporządkowują swoje opinie mającym większe wpływy - tak jest z adwokatami w czarnych ubraniach, broniących tych u władzy, a zaraz stających po stronie wygrywających.

Innym elementem historycznym jest konflikt z Kompanią Bananową, podczas którego do Kolumbii zjechali Amerykanie chcący się bogacić na hodowli bananów i wyzyskujący pracowników.

Rodzinę Buendich, opisaną na tym tle, cechują przede wszystkim temperament, bezustanne nadawanie męskim potomkom imion Aureliano lub Jose Arcadio, skłonności do kazirodztwa jak i tytułowa samotność. 

,,W długich dziejach rodziny uparte powtarzanie imion pozwoliło wyciągnąć decydujące wnioski. Aurelianowie byli skryci i trzeźwi, Jose Arcadiowie natomiast okazywali się impulsywni, przedsiębiorczy, lecz naznaczeni piętnem tragedii."

Są to ludzie o gorących uczuciach, często się zakochują, zazwyczaj uczuciem rwanym. Ciekawą koncepcję miłości ma jedna z bohaterek, uważająca, że ci niewarci oddania im serca to ,,mężczyźni, którzy nie zasługiwali na to, by dla nich jeść wapno ze ścian." Niecodzienna jest też opinia najpiękniejszej kobiety rodu Buendia:

,,Pomyśl, co za głupiec z niego. Mówi, że umiera z mego powodu, zupełnie jakbym była chorobą."

Mimo że Buendiowie stanowili postacie pełne charakteru, coś się wśród nich powoli, ale nieustępliwie, psuje. Według matki rodziny, jej ród nawiedzały cztery plagi: wojna, walki kogutów, kobiety lekkich obyczajów i obłąkańcze pomysły. Czy to właśnie przez te, czy inne czynniki, z Buendich wyrastają ludzie wyniszczeni brakiem uczucia i samotnością, postępujący nielogicznie i samobójcy.

Mimo że ,,Sto lat samotności" to powieść odpowiednia dla wymagających wiele czytelników i kunsztownie napisana, jest przystępna i ma w sobie urok bajki, którą dziecko chce czytać każdej nocy przed zaśnięciem, 'jeszcze ten jeden raz'. Ten wdzięk wynika pewnie z takiej wielości fantastycznych wydarzeń - cały czas się coś dzieje, zaś opisy uczuć bohaterów zostały sprowadzone do minimum, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Pod koniec dostajemy już bardziej rozbudowany obraz uczuć głównych bohaterów. 
Przez większość książki sposób opisywania wydarzeń Marqueza jest tak pocieszny, że nawet kiedy pisarz opowiada o chorobach śmiertelnych, nie wydają się one szczególnie warte naszego strachu.

,,Sto lat samotności" to pewnie najbardziej znana z kolumbijskich powieści, pełna uroku, skomplikowanych rodzinnych sytuacji, i magii. Warto ją poznać, choć większość czytelników będzie pewnie potrzebowała wygospodarować sobie na nią chwilę czasu. To książka wcale nie długa objętościowo (moje wydanie ma zaledwie 350 stron), a przepakowana treścią - chyba nigdy nie czytałam powieści tak skondensowanej, którą dałoby się znacznie rozciągnąć, a dalej nie byłaby przegadana. Właśnie to czyni ją lekturą dosyć wymagającą, i trzeba uważać, żeby w którymś momencie jej czytanie nie wydłużyło się nam do okresu stu lat.


,,...historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi."





Gabriel García Márquez to zmarły w 2014 roku kolumbijski powieściopisarz, dziennikarz i działacz społeczny, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku, za powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”. Jest to jeden z najbardziej znanych pisarzy realizmu magicznego. Jego powieść ,,Sto lat samotności" odnosi się do dziejów całego kontynentu Południowej Ameryki. Przyjaźnił się z kubańskim rewolucjonistą i dyktatorem Fidelem Castro. Syn pisarza, Rodrigo Garcia, jest znanym reżyserem.