Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Bajkowy świat istot z lasu - ,,Dziewczyna o chabrowych oczach", Catherine Cachée. Recenzja

Recenzja fantasy za zamkniętymi okładkami powieść
Odkrywaniu nowych miejsc może towarzyszyć ciekawość i otwartość, ale nie zawsze. Czasem trudno jest się odnaleźć w nowym otoczeniu - szczególnie jeśli niedawno musieliśmy opuścić wieloletni dom, a czyhający na każdym kroku nieprzyjaciele zmuszają nas do nieustannego ukrywania się. W książce ,,Dziewczyna o chabrowych oczach", główne bohaterki muszą ułożyć sobie życie w obcym środowisku, ale to nie ich jedyny kłopot. Miejsce, do którego trafiły, zamieszkiwane jest przez istoty zupełnie od nich odmienne - okrutnych ludzi...

Catherine Cachée to pseudonim, pod którym ukrywa się polska pisarka, a powieść ,,Dziewczyna o chabrowych oczach" to jej debiut. Stworzona przez nią historia toczy się we Francji, a przedstawiony w niej brak porozumienia między ludźmi, a magicznymi istotami z  miasteczka Paix jest źródłem tragicznych, ale i szczęśliwych wydarzeń. Bo kiedy nagle jesteśmy zmuszeni zrobić to, czego od zawsze się obawialiśmy, może się okazać, że spotkało nas nieszczęście, albo wręcz przeciwnie - że to dla nas szansa, aby przeżyć najpiękniejsze chwile w życiu.

,,Dziewczyna o chabrowych oczach" to zdecydowanie baśniowa historia, na którą składają się magia, miłość, przyjaźń, ale i złe charaktery. Główna bohaterka jawi nam się jako prawdziwa wróżka - potrafi sporządzać uzdrawiające, ziołowe eliksiry, ma magiczny wisiorek i czarnego kota - ale kim tak właściwie jest? Człowiek z jej perspektywy jest istotą, która potrafi być egoistyczna i zmierzać do władzy po trupach, ale z biegiem czasu zauważa również, że może być kochający i wdzięczny. Zazwyczaj w historiach (i w rzeczywistości) to my stawiamy się na piedestale i dajemy sobie prawo do strachu przed "obcym", niezależnie czy jest to kosmita z science fiction, człowiek o innej kulturze, czy nieznane nam zwierzę. Zastanawiamy się, jakie niebezpieczeństwo może nam grozić z drugiej strony, a zupełnie nie myślimy o tym, że być może my sami stanowimy dla kogoś zagrożenie. W tej powieści możemy jednak spojrzeć na siebie z dystansem.

Dzięki baśniowości książka się wyróżnia - łatwiej trafić na powieść, w której opisy strasznych wydarzeń są dla czytelnika druzgocące, niż na taką, która cały czas tchnie ciepłem.
Narrator pozbawiony jest ironii, a o uczuciach bohaterów dowiadujemy się z dialogów, nie z opisu ich wewnętrznych rozterek. To sprawia, że książkę czyta się lekko, czasem wręcz można zatęsknić za bardziej wymagającą formą.

Nie należy bać się zmian. Są elementem życia każdego z nas i nawet jeśli sami nie chcemy podjąć działania, one nadejdą - zarówno te dobre, jak i złe. Jeśli się na nie otworzymy, będziemy starali dostosować się do sytuacji - dostaniemy szansę na odnaleznie szczęścia i spokoju. Jeśli zaś nie przestaniemy się bać naszej nowego położenia, zawsze będziemy żyli w strachu. I to właśnie udowadnia nam historia kobiet z ,,Dziewczyny o chabrowych oczach".

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Na ile sposobów można skrzywdzić człowieka? - „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, Haruki Murakami. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Tytuł „Na południe od granicy, na zachód od słońca” nawiązuje do pewnej piosenki i choroby mężczyzn mieszkających na Syberii. Sama historia w niej ukazana dotyczy natomiast Hajime, którego imię oznacza „Początek”. I być może to sprawiło, że życie Japończyka prześladowały momenty, w których stwierdzał, że trzeba porzucić przeszłość i zaczynać wszystko od początku.

Nietypowe imię bohatera może poza tym podkreślać jego wyobcowanie. Ale bycie innym od reszty nigdy nie jest aż takie straszne, kiedy mamy obok siebie tę jedną osobę, która też wyróżnia się z tłumu. Dlatego dorastający Hajime znalazł sobie kulawą przyjaciółkę, niemogącą robić tego, co inne dzieci. Shimamoto spędzała z nim czas, wprowadziła w świat muzyki, ale przede wszystkim... przez lata nie dawała o sobie zapomnieć.

Czym jest cierpienie? Melancholią, tęsknotą, pustką, samotnością... Hajime próbuje zbudować sobie dobre życie, ale te uczucia wciąż mu towarzyszą. Dają się łatwo zagłuszyć, a ich moc słabnie, kiedy mężczyzna poznaje kolejne kobiety i odnosi sukcesy. Jednak w którejś chwili cierpienie zawsze wypływa na powierzchnię. A wtedy nie jest ważne, czy życie z wierzchu wygląda na kiepskie, czy udane. Wtedy wszystko się skomplikuje. I pewnie znowu będzie trzeba zaczynać od początku.
Jednocześnie ciągle nam w tej historii towarzyszy wrażenie, że gdyby nie jeden błąd, tego ciągłego uciekania by w ogóle nie było.

Główny bohater cierpi, choć nie jest typową ofiarą losu zasługującą na nasze współczucie; takie uczucie wywołują w nas raczej krzywdzeni przez Hajime ludzie. Mężczyzna nie kieruje się bowiem dobrem bliskich, a własnymi impulsami, przez co rani innych, a przy okazji i siebie.
Mimo to nietrudno jest nam siebie w Hajime dopatrzeć. Bo kto z nas nie tęsknił za dawną znajomością, która się urwała? Kto nie żałował... Pustki w czasie i pustki w sercu? Niezależnie od okoliczności rozstania, jeżeli tylko ktoś nie zastąpi nam miejsca osoby, która dawniej była blisko nas, zawsze będziemy za nią tęsknili. Tym większy ból, im ważniejszy był dla nas utracony człowiek. A dla Hajime Shimamoto była jedyną osobą, która kiedykolwiek go naprawę rozumiała.

Dla Murakamiego ważna jest kwestia czasu. Jest on dla niego zagadką, którą często próbuje w swoich powieściach rozwiązać. Miałam z tym do czynienia na przykład w „Śmierci Komandora, kiedy to pojęcie się w pewien sposób zniekształcało, było płynne. Za to w „Na południe...” czas przypomina bohatera, który pojawia się przy każdej nieszczęśliwej sytuacji. Murakami idzie w stronę typowego „Chwytaj chwile, doceniaj ludzi, bo potem będzie za późno”, ale robi to w specyficzny sposób. Przedstawia raczej sytuacje, w których z niepokojem dostrzegamy, że na pewne rzeczy już nie wróci czas i nie jest to od nas zależne. Już miały w nim miejsce inne wydarzenia - i nic tego nie zmieni. Ta świadomość pozostawia chłód w sercach bohaterów, rani ich jak mroźne igiełki. Bo „Ten czas istniał tylko wtedy, tylko tam”.

W powieści podobał mi się również temat pracy i pieniędzy, przy okazji którego wytknięte zostaje, że sama ciężka praca rzadko wynagradza nas wielkim majątkiem. Do tego potrzeba szczęścia, ale najczęściej po prostu oszustwa, przekrętu. Nie jest to najważniejsza kwestia w powieści, ale jednak rzuciła mi się w oczy. Była jednym z wielu elementów, przez które Hajime czuł, że rzeczywistość, w której żyje, pełna jest obłudy.

Być może nie przeczytacie tej książki, albo też będziecie mieli po niej zupełnie inne myśli, niż ja, dlatego ja Wam to powiem - coś z tej powieści bardzo istotnego. Pamiętajcie: udane życie nie jest synonimem szczęścia.


Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.

tytuł oryginału: Kokkyo-no minami, taiyo-no nishi, tłumaczenie z angielskiego: Aldona Możdżyńska, pierwsze wydanie (japońskie): 1992, liczba stron: 231

poniedziałek, 29 lipca 2019

O drodze ku przeznaczeniu - „Nie opuszczaj mnie”, Kazuo Ishiguro. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Czasami jesteśmy w stanie książki przewidzieć. Rzadko się nad tym zastanawiamy... o ile nie chodzi o kryminał. Tam zakończenie odgrywa ważniejszą rolę niż w innych powieściach. Ale kiedy mówię "książka", mam na myśli całą lekturę. Gdzieś w naszej głowie, czytając tył okładki, tworzy się domniemany obraz fabuły, narracji...
Jednak niektóre powieści są mniej oczywiste. Mogą dotyczyć elementów, z którymi często się stykamy, ale gdy zaczniemy je czytać to dostrzegamy, że coś się różni. Coś się zmieniło. Myślicie: "Co się stało tej narracji?" albo "Dlaczego książka o czymś kontrowersyjnym ma w sobie taki spokój?". Możliwe, że takie właśnie myśli będą Was nawiedzały podczas lektury „Nie opuszczaj mnie”.

Opowiadanie o fabule w przypadku tej książki nie jest według mnie wskazane. Ta powieść nieco różni się od innych i nie należy jej zamykać w ramy "książka o tym i o tym", bo zapewne odbierze to tylko przyjemność z lektury. Jak więc tu Was zachęcić lub, w zależności od Waszego gustu, zniechęcić do spotkania z tą książką?
Powodem, dla którego nie chcę zbyt wiele zdradzać, jest świat młodych ludzi kryjący się na kartach „Nie opuszczaj mnie” - świat dzieci, którym niewiele się mówi. Mieszkają odizolowani od reszty społeczeństwa, ale nikt im nie powie dlaczego. Czym różnią się od innych, skoro są przecież dokładnie tacy, jak inne dzieci?
Narratorka, czyli Kathy, patrzy wstecz na swoje życie i zaczyna opowieść o szkole, w której się wychowała. Różne uczucia i sytuacje z dzieciństwa są przez autora opisane po mistrzowsku, z dużym wyczuciem, szczegółami. Nam samym zaczyna się przypominać, jak świat wyglądał, kiedy miało się kilka lat. Te opisy nie wywołują jednak sielankowego nastroju, bo wraz z dorastającymi bohaterami dowiadujemy się o czekającej na nich przyszłości. Mrocznej, tajemniczej, o której niewiele wiadomo, nawet kiedy jest już bardzo blisko...
  
Kazuo Ishiguro jest Anglikiem japońskiego pochodzenia i to właśnie w Anglii odgrywają się wydarzenia opisane w „Nie opuszczaj mnie”. Wydaje mi się jednak, że to co mówi się o japońskich pisarzach można też powiedzieć o Ishiguro. Jego styl wyróżnia się na tle innych autorów. Przypomina mi za to o Murakamim i o komentarzach odnośnie japońskich powieści, że one jakoś "wolno idą na przód". Momentami miałam wrażenie, że „Nie opuszczaj mnie” nigdzie nie idzie, a jedynie udaje ruch.

Specyficzne są również retrospekcje, pojawiające się co krok. Już na początku trafiamy do przeszłości, bo narratorka jest dorosłą osobą mówiącą o dzieciństwie. Ale kiedy już jesteśmy w dzieciństwie, to cofamy się o miesiąc, od tego miesiąca o tydzień, bo "nie mogę opowiadać dalej, jeżeli nie słyszeliście o tamtym". Mnie nie było trudno się połapać, co i jak, niemniej uznaję ten zabieg za unikalny. Domyślam się, że Ishiguro łatwiej  było popisać się swoimi zdolnościami opisywania historii ze szczegółami, kiedy nadał im kształt wspomnień. Jednak z pewnością bardzo trudno było książkę w ten sposób napisać. Autor sam stworzył sobie labirynt, po czym zwycięsko z niego wyszedł. Jeśli nie tym jest odwaga, to czym?

W „Nie opuszczaj mnie” odnalazłam wiele ciekawych elementów, z czego najbardziej interesującymi były właśnie opisy dzieciństwa. Wyjątkowy jest również sposób, w jaki autor opisał sprawę niejednoznaczną. Nie zapominajmy poza tym, że to powieść o relacjach w przyjaźni i miłości. Ale specyficzna. Polecam raczej osobom szukającym czegoś nowego, a nie tym, którzy wypatrują jedynie czegoś, co pozwoli im się zrelaksować.
 
Kazuo Ishiguro to urodzony w Nagasaki pisarz, który w 2017 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Dwie z jego powieści doczekały się ekranizacji. Jedną z nich była książka „Okruchy dnia”, która otrzymała nagrodę Bookera. Rodzina pisarza przeprowadziła się do Anglii, gdy ten miał pięć lat. Powodem miało być podjęcie przez ojca pracy w National Institute of Oceanography. Ishiguro twierdzi, że dorastanie w japońskiej rodzinie umożliwiło mu rozwinięcie w sobie perspektywy innej od tej przyjętej przez jego rówieśników.


liczba stron: 319 (ale rozmiar czcionki niewielki), tłumaczenie: Andrzej Szulc, tytuł oryginału: Never let me go, książka w języku angielskim została wydana w 2005 roku 

poniedziałek, 20 maja 2019

Wyczaruj mi zbrodnię - „Czarownice z Salem Falls”, Jodi Picoult. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek
Picoult, czyli pisarka, której kilka lat temu poświęciłam sporo czasu. Fabuły jej książek, a w nich problemy bohaterów, które wiązały się z sądami, były dla mnie i dla mojej koleżanki czymś świeżym, po co zawsze sięgałyśmy z przyjemnością.
Chciałam przekonać się, czy powieści Jodi Picoult dalej są dla mnie jak magia, więc sięgnęłam po nic innego, jak po ”Czarownice z Salem Falls”.

„Podwodny świat kusił swoją metamorficzną niezwykłością: człowiek poruszał się w nim powoli, bardzo powoli i nabierał nadziei, że może dzięki temu nigdy nie będzie musiał wydorośleć."

W kowenie z Salem Falls niewątpliwie są dziewczyny o czarującej urodzie. Jak u nich z rzucaniem zaklęć, mnie - nie-czarownicy - ciężko stwierdzić, ale jakoś wiążą koniec z końcem. Dzięki czarom są w stanie się zemścić, a skrywana tajemnica powoduje u nich poczucie wyższości nad lokalną społecznością. Ta nastoletnia chęć bycia innym od wszystkich wymyka się jednak spod kontroli, kiedy dziewczyny obchodzą w lesie święto czarownic...
Poza przedstawieniem nam tytułowych bohaterek, Picoult przybliża nam również postać Jacka, który z początkowej perspektywy mieszkańców Salem Falls wziął się znikąd. My jednak wiemy, że wziął się z więzienia, a i miejscowi też się niedługo o tym dowiedzą. A dla człowieka skazanego za gwałt na nieletniej nie przewidzieli miejsca w swojej małej, spokojnej społeczności.

„Na północy żyje eskimoski lud Inuitów. Według ich wierzeń gwiazdy są tak naprawdę dziurami w niebie, a ich blask to znak, że ci, których kochaliśmy, są szczęśliwi w zaświatach.”


Historia z „Czarownic...” łączy w sobie wiele ludzkich żyć. Każde z nich nosi na sobie zadrapania, ale nie każde miało związek ze zbrodnią. Ale w Salem Falls największy problem polega na tym, że wymiarowi sprawiedliwości trudno jest patrzeć sprawiedliwie. Wszystko na sali rozpraw wydaje się być zmyślone, ława przysięgłych zdaje się więc bardziej ufać dawnym wyrokom niż sobie.

Pisarka jak zwykle przedstawia ważne kwestie z sobie tylko znaną lekkością i zrozumieniem. W tej powieści najważniejsze punkty stanowią podejście sądów i społeczeństwa do gwałtów i nietolerancja w stosunku do byłych więźniów. Picoult nigdy nie stawia tylko na jedną perspektywę, ale pokazuje, że żadna sprawa nie jest czarno-biała, bo każda historia nosi w sobie czyjąś tragedię. Być może wiąże się ona z relacjami w rodzinie, może z miłością, ze zbrodnią. Żadne rozwiązanie, nawet wydane przez najsprawiedliwszy sąd, nie sprawi, że każdy z ludzi biorących udział w rozprawie poczuje się sprawiedliwie osądzony.

„Byli więźniowie też muszą gdzieś mieszkać. Nie można ich zaganiać w stada i zmykać w rezerwatach.”

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, autorka wielu bestsellerowych powieści, mama trójki dzieci mieszkająca w New Hampishire. W swoich książkach najczęściej podejmuje tematy związane ze sprawiedliwością. Pięć jej powieści doczekało się ekranizacji, w tym głośne „Bez mojej zgody”. Czasami korzysta z postaci wykreowanego przez siebie bohatera w kilku książkach.

poniedziałek, 13 maja 2019

Jak być wojownikiem, kiedy nie chcesz walczyć - „Crown of Midnight”, Sarah J. Maas. Recenzja

Recenzje książek fantastyka
Recenzja „Crown of Midnight” mówi o drugiej części serii Szklany Tron, dlatego zawiera nawiązania do części pierwszej.

Celaena wygrywa konkurs, zostaje więc osobistym zabójcą króla. Okazuje się jednak, że choć Chaol i Dorian życzyli dziewczynie wygranej, nie są oni zadowoleni z jej zawodu - nagle dotarło do nich, że naprawdę chodzi w nim o zabijanie. Prawdziwe zabijanie, dacie wiarę? I dwóch przyjaciół z zamku nagle uznało, że piękna i miła dziewczyna nie powinna jednocześnie być morderczynią. Takie mądrości najwidoczniej przychodzą z wiekiem.
Tylko że prawda o zawodzie Celaeny jest zupełnie inna, niż się wszystkim wydaje. Tę prawdę znają tylko jej ofiary.

„She wouldn't mind working with him - but not in the way Roland meant. Her way would include a dagger, a shovel, and an unmarked grave."


Bazę treści drugiej części Szklanego Tronu stanowią uniki, które Celaena stosuje, aby nie musieć słuchać rozkazów króla. Robimy przeskok z jednej książki do drugiej, ale taki odstęp okazuje się być zbyt krótki, aby móc zminimalizować w głównej bohaterce mordercze instynkty, które odczuwa w obecności króla. O dziwo morderczych instynktów nie odczuwa w stosunku do tych, których polecono jej zabić. Mimo że kobieta w okresie „sprzed kopalni” pracowała jako zabójczyni pilnie wypełniając obowiązki, które jej powierzono, tutaj dorosła już do oszustwa i podążania za głosem serca - ryzykując życiem nie tylko swoim, ale również bliskich. Jej pragnienie wolności i niezależności od władcy, którym gardzi, przejawia się poprzez bunt wobec niego.


 „The world was beyond helping. Even if... even if she'd seen firsthand just how dangerous things could become - how much worse it could be."

W „Crown of Midnight” jest wszystko, czego dobra książka potrzebuje - ciekawe zagadki, wiele akcji, do tego wplecione mocne wątki relacji pomiędzy bohaterami. Dla takiej powieści warto czytać część pierwszą. Wydaje się, że ta różnica między dwoma książkami również jest powodem, dla którego czytelnicy są zadowoleni - mają porównanie, w którym „Crown of Midnight” wypada wyjątkowo pozytywnie.
W „Crown of Midnight” Sarah J. Maas udowadnia, że rozwija się jako pisarka, i że wszystkie zarzuty czytelników odnośnie wad pierwszej części wzięła sobie do serca.

„There is nothing complicated. It is the difference between right and wrong. The slaves in those camps have people who love them just as much as you loved my friend.”

Sarah J. Mass to amerykańska pisarka, autorka bestsellerów New York Times'a. Seria Szklany Tron została do tej pory przetłumaczona na trzydzieści pięć języków. Żyje w Pensylwanii wraz z mężem i psem; jest fanką filmów Disneya, a wolnych chwilach cieszy się pięknem natury stanu, w którym mieszka.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Tęsknota - ,„Biały Bim Czarne Ucho'”, Gawriił Trojepolski. Recenzja

recenzje książek za zamkniętymi okładkami
Z Bimem zaprzyjaźniałam się powoli. Jego historia od początku wydawała mi się pełna uczciwości i psiego rozumu, ale kiedy zaczęłam ją czytać, potrzebowałam chyba sięgnąć po coś zupełnie innego. Bardziej wybuchowego, szałowego. Dlatego przeczytałam tę powieść na przestrzeni miesięcy. Ale to Bimowi wcale nie umniejsza. Jego dzieje poruszają nie tylko bohaterów, których spotyka na swojej drodze, ale również czytelników. To zdecydowanie jedna z tych książek, którą po przeczytaniu już zawsze chcemy nosić w sercach.


W Związku Radzieckim mieszkają ludzie różni, 'towarzysze' mniej i bardziej przyjaźni. Mieszka tam też Bim i jego pan, Iwan Iwanycz. I mimo że główny psi bohater kocha człowieka w ogóle, to w imię przyjaźni wobec swojego opiekuna oddałby wszystko - i wielokrotnie nam to udowadnia, wzruszając nas do łez.

Dzięki powieści Gawriiła Trojepolskiego jesteśmy w stanie spojrzeć na świat psimi oczami. Co najważniejsze zaś w tej książce - widzimy siebie w tych oczach. I często jest to obraz przerażający.


Kiedy pan Bima znika z przyczyn, których pies nie jest w stanie pojąć, myśliwski instynkt bohatera każe mu szukać, iść za wszelkimi śladami właściciela. Jak tragiczna jest podróż psa, to widzi jedynie czytelnik, który dostrzega, że znalezienie przez Bima Iwana jest niemożliwe. A tęsknota za panem będzie wykańczała Bima zarówno mentalnie, jak i cieleśnie.



W swoich wielu przygodach Bim uczy się życia. To głównie napotkani przez psa ludzie mają na niego wpływ. Dzielą się oni na tych dobrych, rozumiejących psy, dobrych, nierozumiejących psiego języka, i oczywiście złych. Bardzo prawdziwy jest ten obraz ludzi w psich oczach, ponieważ nie liczy się dla nich nic, co często za wartościowe uważa człowiek. Liczy się jedynie czysta dobroć.


za zamkniętymi okładkami recenzje książek

Biały Bim Czarne Ucho to książka napisana językiem, który z pewnością spodoba się młodemu odbiorcy. Poza tym w powieści występuje niejedno dziecko, a głównym bohaterem jest pies. Wydaje się więc, że taka dobra książka dotycząca zwierzęcia będzie świetnym wyborem na lekturę młodego czytelnika. Ale dla dorosłego ma ona do zaoferowania równie wiele.


Uważam tę powieść za jedną z najlepszych, jakie było mi dane przeczytać. Opowiada o wielkim okrucieństwie przy jednoczesnym zachowaniu pięknego języka. Pozwala spojrzeć na człowieka z dystansu, ma w sobie wiele mądrości, ale nie przytłacza filozofią. Po prostu pozwala dostrzec to, co nosimy głęboko w sercach, a o czym wielu zapomina. I oczywiście przypomina, że zwierzęta to piękne istoty.



,,I nagle poczułem zapach pierwiosnka. Był ledwie uchwyty, ale to zapach budzącego się życia, toteż, mimo że ulotny - cieszy i niepokoi zarazem. Rozejrzałem się wokół, okazało się, że kwiat rośnie tuż obok. Lśni na ziemi kwiatuszek - malutka kropla błękitnego nieba, taki prosty i ufny, pierwszy zwiastun radości i szczęścia dla tego, komu szczęście jest pisane i dostępne. Dla każdego zaś człowieka - i szczęśliwego, i nieszczęśliwego - to teraz uroda życia. Podobnie wśród nas żyją ludzie skromni, o czystym sercu, ,,niedostrzegalni", ,,mali", ale wielkiego ducha. Oni właśnie czynią nasze życie pięknym, bo mają w sobie najlepsze cechy ludzkie - dobroć, prostotę, ufność. Tak samo pierwiosnek wydaje się kropką nieba na ziemi.''

Gawriił Trojepolski (1905-1995) to radziecki i rosyjski dramaturg, prozaik, satyryk i publicysta. Stał się znany właśnie za sprawą powieści Biały Bim Czarne Ucho, na której podstawie powstał film pod tym samym tytułem. W 1975 roku autor uhonorowany został Nagrodą Państwową ZSRR. 


poniedziałek, 7 stycznia 2019

O kukle bardziej ludzkiej niż człowiek - „Nieustraszony Strach na Wróble”, Grzegorz Majchrowski. Recenzja

bajka dla dzieci
Bajki dla dzieci często przedstawiają te najistotniejsze elementy naszego życia, tak aby móc wskazać młodemu czytelnikowi, co naprawdę ma wartość. „Nieustraszony Strach na Wróble” jest dobrym przykładem takiej opowieści - głównie podejmowane w niej tematy to przyjaźń i chęć założenia domu. Tylko czy wszystkim jest się w stanie ta bajka spodobać?

Książka jest trzecim laureatem konkursu Piórko, organizowanego przez Biedronkę (niedawno pisałam o tej najnowszej, która wyszła około miesiąc temu). Co jakiś czas można się natknąć w Biedronkach na te konkursowe książki. Pierwsza i druga bajka były entuzjastyczne przyjęte przez czytelników - trochę inaczej sprawa ma się z tą.

„Nieustrasziny Strach na Wróble” opowiada o Strachu, który nie jest szczególnie straszny. Jego ciało to nieporozumienie - kocha swoje otoczenie i z pewnością ostatnią rzeczą, jaką chciałby osiągnąć, byłoby straszenie ptaków. Wtedy znajduje się dzielny Wróbel, nie bojący się ani zimy ani niby-ludzi wypchanych słomą, i tak zaczyna się ich wspólna historia, w której nawzajem pomagają sobie zrozumieć otaczający ich świat i siebie.

Mimo że to świetna bajka, wydaje mi się że zawiniły tutaj niewystarczająco bogata akcja, ale też niedopasowane ilustracje. Jest ich niewiele, w dodatku nie dodają kolorytu spokojnej historii, tylko ją spowalniają swoimi pastelowymi barwami, zamiast dodawać jej trochę energii. A poza tym? Mam wrażenie, że osoby, które negatywnie się o tej książce w internecie wypowiedziały, mają dzieci nieprzepadające za czytaniem w ogóle lub te pociechy były za małe, żeby odpowiednio taką historię przyjąć. Według zasad konkursu, napisane opowiadanie ma być skierowane do dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat. I ta zdecydowanie jest dla dzieci z górnego progu więc nic dziwnego, że pięciolatkowi nie przypadła do gustu.

„- Te punkciki, jak je nazywasz, to gwiazdy.
- Gwiazdy - powtórzył Strach. - A po co one są?
- Pomagają ludziom znaleźć drogę w nocy. Dzięki gwiazdom zawsze wiedzą, jak trafić do domu.
- Ale czasem w nocy nie widać gwiazd. Zasłaniają je chmury. Co wtedy robią?
- Wtedy czekają, aż chmury odpłyną, a one zawsze odpływają, bo taka jest ich natura.”

Uważam tę książkę za bardzo sympatyczną przede wszystkim za sprawą postaci, jakie wykreował autor. W tak krótkiej formie rzadko mamy do bohaterów głębsze uczucia, tutaj natomiast ich ciepłe podejście i miłość do świata są silnie odczuwalne, przez co łatwo można ich polubić. Poza tym tekst napisany jest w ciekawy sposób, ma też świetne zakończenie. Jak napisałam wyżej, książka skierowana jest do starszych dzieci, głównie za sprawą tego stylu właśnie - wpisano w niego wiele przemyśleń.

Podsumowując, mi się „Nieustraszony Strach na Wróble” podobał, ale jednocześnie, podobnie jak w przypadku dwóch innych bajek z tego konkursu jakie czytałam, mam raczej mieszane uczucia. Może kwestia tego, że to wszystko debiuty?


Grzegorz Majchrowski jest rzeźbiarzem, prowadzi również autorską pracownię rzeźby na Uniwersytecie Śląskim. Napisane przez siebie opowiadania czyta swoim dzieciom.

Maria Giemza, ilustratorka „Nieustraszonego Stracha na Wróble”, pochodzi z Krakowa. Studiowała architekturę, ale zmieniła kierunek kariery pisząc pracę magisterską dotyczącą grafiki - właśnie nią postanowiła się zająć. 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miłość opisana przez łyżwiarkę chybotliwą - „Art and Soul”, Brittainy C. Cherry. Recenzja


Wątki związane z chorobami, związkami zaistniałymi w młodości, czy problemami w rodzinie i życiu młodego człowieka - one często pojawiają się w obyczajówkach, skierowanych do nastolatków. Można z nich stworzyć powieść poruszającą, można wnieść do tego gatunku coś świeżego. Ale można też być jak zacięta płyta, która tylko powtarza to, co już wcześniej usłyszeliśmy. I „Art and Soul” trochę w sobie z takiej płyty ma... Czy jednak należy tę książkę spisywać na straty?

,,A person who never truly lost themselves could never truly find themselves either.
Art was everything right and wrong in the world. It understood what words couldn't say."

„Art and Soul” to historia dwojga młodych, poznających się w wieku kilkunastu lat ludzi. Żeńska bohaterka ma problem, ponieważ przez podjęcie złej decyzji musi sama poradzić sobie z ciężarem życia kiełkującego w jej brzuchu i przyszłością z nim związanego. Bohater męski też ma problem, ponieważ jako siedemnastolatek musi zdecydować pomiędzy pozostaniem z jednym z dwojga rodziców, podczas kiedy obojga trawi choroba. Można się domyślić, że zamysł książki jest taki, że bohaterowie mają się wzajemnie ze swoich problemów uzdrowić. Co takiego jest z tą historią nie tak, jak być powinno?

Rozpoczęcie akcji książki młodzieżowej od momentu pójścia bohaterów do szkoły to bardzo szablonowe posunięcie. Do tego dochodzą zachowania społeczności szkolnej, które są najzwyczajniej stereotypowe, często nieuzasadnione.
Jeden z bohaterów, dopiero będąc w ostatniej klasie liceum, trafia do szkoły, wcześniej uczył się w domu. Oczywiście placówka edukacyjna okazuje się być takim piekłem, jak przedstawiały to filmy. Fragmenty tego dotyczące to jakby kalki z innej powieści tego samego gatunku, książki „Hopeless” autorstwa Colleen Hoover. Inne elementy, które 'już gdzieś widzieliśmy', to sposób na zapoznanie ze sobą głównych bohaterów - praca nad wspólnym projektem szkolnym. Wygląda to jak „Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven. Ta powieść wydana została jednak tylko kilka miesięcy wcześniej od recenzowanej, trudno tu więc mówić o możliwości inspirowania się.
Mimo to wyraźnie widać, że Brittainy C. Cherry po prostu nie jest oryginalną postacią na arenie gatunku Young Adult. Szczególnie jeśli spojrzymy na jej styl pisania, który idealnie wpisuje się we wzór stosowany przez, mam wrażenie, większość amerykańskiej piszącej populacji. Bo kiedy myślę o amerykańskiej romantycznej i obyczajowej literaturze współczesnej, wydaje mi się, że pisarzom odgórnie się mówi, aby napisali książkę taką, jak wszystkie inne.
Co to oznacza u tej konkretnej autorki? Między innymi bezustanne tworzenie wypowiedzi poprzez powtarzanie pierwszych słów zdania poprzedzającego:

„My anger with Mom. My anger with cancer. My anger with life.”

„Maybe this time would be different. Maybe this time, the medicine and treatment would work.”

„He tried to be good. He tried to protect the ones he loved.”

„We kissed with the fear. We kissed with the anger. We kissed with everything we had inside of us. And then we kissed some more.”


Choć rozumiem, jakie uczucia ma wywołać u odbiorcy takie układanie zdań, lekko to męczy przy spotykaniu tego na każdej stronie.

A teraz trochę z innej strony - lubię oglądać występy łyżwiarzy figurowych. Kiedy obserwuje się łyżwiarzy na Igryskach Olimpijskich, można zauważyć, że jazda pierwszej części uczestników sprawia wrażenie chybotliwej. Przy naprawdę dobrych występach zapominamy, że lód jest śliski, przy średnich - boimy się, że łyżwiarz za chwilę się przewróci. I ja czytając historię napisaną przez Brittainy C. Cherry przypomniałam sobie o tych chybotliwych łyżwiarzach figurowych - tak autorka radzi sobie z tworzeniem historii. Po lekturze zostaje smak odrealnienia w ustach, a przede wszystkim w czytających słowa oczach. Coś w „Art and Soul” jest naciągnięte, a to Coś dotyczy braku odniesień do spraw, z którymi borykają się codziennie ludzie, czy nielogicznych zachowaniań wielu bohaterów. Oczywiście w przykazaniach pisarza nie jest nigdzie zapisane, że każdy bohater musi być logicznie postępującą osobą, bo i w prawdziwym świecie mamy takich ludzi deficyt.
W przykazaniach pisarza jest za to zapisane, że jeśli ktoś zachowuje się nielogicznie, narrator lub bohater książki musi to zauważyć. A ja mam wrażenie, że nie widzi tego nawet autorka książki, i w tym cały szkopuł.

„Maybe it's okay to no longer be the person we thought we were meant to be. Maybe it's okay to just be who we are now and accept that.”

Ogólnie, w historii przez pisarkę wykreowanej, każda strona jest kumulacją wszystkiego, co najgorsze człowieka może w życiu spotkać, bo bez tego autorka by silniejszych emocji w czytelniku wywołać nie potrafiła.
Jednak w powieści Brittainy C. Cherry jest pewien element, który spodoba się prawdopodobnie wszystkim, którzy zdecydują się ją pprzeczytać. Jedną rzecz opisała ładnie i nienachalnie - miłość rodzącą się między bohaterami. Ich relacja płynie wolno, rozwija się z biegiem wydarzeń, i chociaż, jak w każdej powieści Young Adult, są tu żenujące wstawki o mięknących kolanach (bo oczy głównego bohatera są tak! piękne!), to całokształt tego wątku pozostawia ciepło w sercu.

Ważnym elementem książki miała być sztuka, ale, czemu mnie to nie dziwi, Coś nie wyszło. Po przeczytaniu 20 stron „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego dowiedziałam się o sztuce więcej, niż z całej „Art and Soul”.
W dodatku męski bohater podobno kocha słowa, w wielu miejscach nam o tym się przypomina, tylko że ten chłopak używa tak prostego języka, że z jego codziennej lektury słownika ewidentnie nic nie wynika. Zatrważające było to, że główni bohaterowie, których pasje są jednoznacznie związane z kulturą, nie wiedzieli, kim był Marek Aureliusz.
Uczcijmy Wiedzę Powszechną minutą ciszy.




Miłe było jednak obserwowanie, jaki sztuka miała wpływ na proces dorastania obojga bohaterów.

Wiele złego można o tej książce powiedzieć, jednak kiedy po nią sięgnęłam, miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, i powieść Cherry była dokładnie tym, czego się spodziewałam. Niedociągnięcia są jednak w moich oczach nie do odpuszczenia.
Nie porównuję jej do innej książki pisarki, „Kochając pana Danielsa”, ponieważ zbyt wiele czasu minęło pomiędzy przeczytaniem jednej a drugiej powieści, i moje wrażenia są zatarte. Wiem natomiast, że „Kochając pana Danielsa” wplotło chociaż Shakespeare'a do bibliotek bohaterów, a tutaj - tylko ten nieszczęsny Marek Aureliusz.
Jeśli kochacie opowieści z tego gatunku, szukacie książki, która otuli Was ciepłem, pewnie będziecie zadowoleni. Ja jednak nie widzę powodu, żeby otaczać się takimi powieściami, kiedy możemy sięgnąć po coś, co będzie chociaż dopracowane.
Jako czytelnicy - nie pozwólmy, aby książki, którym brakuje sensu, stały się literackim standardem.
  


Brittainy C. Cherry to amerykańska pisarka. Jej pierwsza książka to „The space in between”, wydana w 2013 roku. Bardzo ciepła postać - na mnie sprawia wrażenie osoby, której nie da się nie polubić.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Magia z Północy - „Northern Lights”, Philip Pullman. Recenzja

W Polsce książka została wydana pod tytułem „Zorza północna”, a potem „Złoty kompas”, kiedy ukazała się ekranizacja fantastycznej historii niepokornej dziewczynki pod takim właśnie tytułem. Jest to pierwsza część trylogii His Dark Materials, która za granicą wydaje się być popularniejsza - dla wielu ludzi jest to opowieść dzieciństwa, natomiast po spojrzeniu na opinie na naszym krajowym portalu lubimyczytać okazuje się, że spora część czytelników najpierw oglądała film, który skusił ich do sięgnięcia po pierwowzór.
 
Pochylając się nad pomysłem fabularnym tej powieści, można spytać: Co fascynującego może oferować takie miejsce akcji jak daleka, pokryta wiecznym śniegiem i zmarzliną Północ? Na pewno nie można odebrać jej uroku, a dzięki obcowaniu z nią na nowo poznajemy siebie, odnajdujemy własne granice. Lyra, główna bohaterka „Northern Lights” jest dziewczynką wychowującą się na uczelni w Oxfordzie, i każdego dnia przyprawiającą profesorów o zawrót głowy. Jednak dorosłych mogą spotkać w wychowywaniu człowieka dwie tragedie - albo dziecko wyjątkowo głupie, albo takie o nadzwyczajnej kreatywności i inteligencji. Drugim z tych przypadków jest właśnie Lyra. Osoba, którą każdy chciałby mieć po swojej stronie, a lękałby się takiego wroga. Gdzie leżą granice odwagi kogoś takiego? Czy w ogóle istnieją? To odkryje przed czytelnikiem i bohaterką Północ, kraina, w której każdy czasem boryka się z wątpliwościami i wpada w tarapaty.

„It wasn't Lyra's way to brood; she was a sanguine and practical child, and besides, she wasn't imaginative. No one with much imagination would have thought seriously that it was possible to come all this way and rescue her friend Roger; or, having thought it, an imaginative child would immediately have come up with several ways in which it was impossible. Being a practised liar doesn't mean you have a powerful imagination.”

Philip Pullman stworzył historię o tyle wyjątkową, że skierowana jest ona zarówno do dzieci, jak i do dorosłych. Może to być po prostu książka przygodowa, z akcją dziejącą się w świecie podobnym do naszego, ale przebijającym magią, a może też być to opowieść, której niektóre wartości dostrzeże jedynie dojrzały czytelnik. Chodzi tu choćby o metaforyczne przedstawienie istoty dorastania, czy pokazanie, że trzeba kwestionować zaufanie wobec kogoś, do kogo je mamy tylko ze względu na jego autorytet. A z drugiej strony nie dać się zmanipulować pozorom, że ktoś jest zły.

Angielski w „Northern Lights” nie jest najłatwiejszy, ale nie najtrudniejszy, a co najważniejsze, jest bardzo ciekawy i po prostu urzekający.
Nie najłatwiejszy, ponieważ wiele tu słów typowych dla bogatego języka pisanego. Także w opisanych przygodach trzeba się spodziewać specjalistycznego słownictwa, którego możemy nie znać, jeśli naszą pasją akurat nie jest np. żeglarstwo. 
Nie najtrudniejszy, bo to z założenia książka dla dzieci, i nie ma tu pomysłów i refleksji trudnych do zrozumienia. Dlatego kiedy się już w nią wciągniemy, to jesteśmy w stanie wyłapywać znaczenie słów z kontekstu wypowiedzi. 
Bardzo ciekawy, dlatego że autor wykorzystał głębię, jaką można wprowadzić do książki za pomocą języka, dlatego nazwy rzeczy ze świata His Dark Materials i nazwiska postaci nie wzięły się z czystego przypadku, a zostały przemyślane. Dowiedziałam się o tym, próbując znaleźć w internecie, jakim światłem jest anbaric light, bo słownik w tej kwestii zamilknął. Wtedy znalazłam ten artykuł, do którego przeczytania bardzo zachęcam nawet tych ciekawych pochodzenia angielskich słów w ogóle, bo można się z niego sporo dowiedzieć. 
Po prostu urzekający, ze względu na całą swoją stylistykę - na przykład język, którym posługiwali się niektórzy z bohaterów, a momentami sama Lyra, przypominał mi "dialekt" Hagrida. Zwyczajnie był naszpikowany niebanalnymi uproszczeniami i charyzmą. Poza tym zawsze myślałam, że magia jest bardziej magiczna w języku angielskim, niż w polskim. Każdy język ma swoje uroki.

Pod względem rodzaju swojej głębi, dzieło Pullmana przypomina mi Harry'ego Pottera - możliwe, że przez niektóre ze swoich motywów, takich jak dziecko bez rodziców, wyjątkowa osoba podążająca za swoim przeznaczeniem, czy więzienie, z którego nikt nie wychodzi... choć, dla jasności fanów chłopca z blizną, „Northern Lights” została wydana wcześniej, nie było to żadne powielenie, a zresztą moja uwaga nie jest nawet porównaniem. W pewnej sferze, te książki kojarzą mi się ze sobą, ale obie stanowią zupełnie inne światy.

Ta utkana pod światłami zorzy polarnej książka jest pełna niebezpieczeństw i wyjątkowych pomysłów, wciągająca i potrafiąca zaczarować, a czasem ściskająca serce. Długo można by pisać o charakterze Lyry, jak i elementach składających się na samą powieść, ale mam nadzieję, że sięgniecie po ten świat zamknięty w kartkach i sami się przekonacie, dlaczego miasto ukryte wśród Aurory stało się kwestią tylu konfliktów, i poznacie ludzi, którzy swoją duszę noszą przy sobie, a nie w sobie...


„The other girls went on talking, but Lyra and Patalaimon nestled down deep in the bed and tried to get warm, knowing that for hundreds of miles, all around her little bed, there was nothing but fear.”
 


Philip Pullman to angielski powieściopisarz. W 2008 roku magazyn The Times zawarł go wśród listy "50 greatest British writers since 1945". W 1995 roku „Northern Lights” została nagrodzona
Carnegie Medal, za bycie wyróżniająca się angielską książką dla dzieci. Pisarz okazjonalnie pisze o edukacji dla The Guardian. Fan Williama Blake'a, przyczynił się do postawienia mu pomnika w hrabstwie Sussex.



rok wydania: 1995. egzemplarz wydany przez wydawnictwo Scholastic. liczba stron: 397 + pierwszy rozdział drugiego tomu.