Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby psychiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby psychiczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2019

W cieniu własnych emocji - „Ja, borderline i terapia”, Agnieszka Rosińska. Recenzja

za zamkniętymi okładkami

Choroby psychiczne to temat, który stosunkowo często pojawia się w powieściach i w kinie fabularnym. Bo jeśli wykorzystany zostaje taki motyw, możemy liczyć na nieszablonowych bohaterów - w końcu chora osoba odbiera świat inaczej niż inni. Najczęściej jednak takie postacie są fikcyjne. Dlatego to wyjątkowe, kiedy człowiek, o którego zmaganiach z chorobą czytamy, jest prawdziwy. Tak jest w przypadku niewydanej jeszcze książki „Ja, borderline i terapia”.

„Odkąd pamiętam, zawsze darzyłam się nienawiścią, zawsze zachowywałam się w ten sposób. To był mój sposób na życie.”

Poznajcie Rudą. Miała ciężko w życiu, jak zresztą wielu z nas... Tylko że na każdego różne wydarzenia oddziaływają z różną siłą. A kiedy w życiu dzieje się coś naprawdę niepokojącego, a wsparcie od najbliższych nie nadchodzi, zaczynamy poważnie cierpieć. W człowieku przez lata coś pęka, psuje się; nierozwiązane konflikty z przeszłości wcale nie znikają, a jedynie głęboko się w nas chowają. Psychika się zmienia, co potrafi być dla nas szczególnie wyniszczające, jeśli nie jesteśmy w stanie na te zmiany spojrzeć z dystansem. Wtedy nie widzimy przyczyn destrukcyjnych zachowań, a jedynie same ich katastrofalne skutki - zniszczenia w obrębie naszych relacji, stosunków w pracy. Całą winę za wszystko, co złe, bierzemy na siebie. Życie nie jest już miłym doświadczeniem, stajemy się podwładnymi naszych poplątanych emocji. A ponieważ niczyje życie nie powinno tak wyglądać... Trzeba szukać pomocy. Na przykład u terapeuty.

Dużą część tej książki stanowią właśnie opisy terapii. Zdiagnozowanej z zaburzeniami borderline i depresją kobiecie nie od razu udaje się trafić na właściwą osobę - z początku musi zmieniać terapeutów, aż natrafia na Dagmarę. To jednak dopiero początek.
Jako osobie z borderline, autorce trudno jest zbudować relacje z terapeutką; kiedy zaczynają być zbyt bliskie, chora kobieta pragnie się wycofać. Przeciwna terapii rodzina również się od niej odwraca. Każdy przecież sam powinien wziąć się w garść i radzić z własnymi problemami...
Czy Agnieszka zawalczy o siebie i wytrzyma do końca terapii?

„Chodzi o to, żeby zrezygnować z takiego oczekiwania, że inni będą mnie wspierać. No bo nie będą.”

Myślę, że książka „Ja, borderline i terapia” jest odpowiednią lekturą dla wielu osób. Zarówno dla borykających się z różnymi zaburzeniami, jak i dla chcących się dowiedzieć więcej o schematach rządzących naszym myśleniem.
Przyznam szczerze, byłam bardzo zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że osoba, która w oczywisty sposób sobie nie radzi z trudnymi przeżyciami i emocjami, jest zniechęcana przez najbliższych do podjęcia leczenia. Tyle się mówi o tym, aby nie lekceważyć chorób psychicznych, a jednak historia opisana w tej książce jest dowodem na to, że w Polsce czeka nas jeszcze długa droga, aby niektórzy ludzie uświadomili sobie, że trzeba mieć do tej kwestii poważne podejście.
Ale paradoksalnie to, że terapia autorki spotkała się z takim negatywnym odbiorem, dodaje książce wartości. Bo przekazuje innym leczącym się informację, że jeżeli sami mają taki problem, nie są jedynymi, których to spotyka. Nie zawsze możemy liczyć na wsparcie innych. Sami musimy być sobie podporą w działaniu.

Sam tekst jest napisany w formie dziennika. To przyjemna dla czytelnika, lekka forma, z równie lekkim stylem pisania autorki. Jednak trochę jest w tej książce zamieszania, nie mamy podanych dat czy innych wyznaczników czasu. Nie wiemy przez to między innymi, ile tak naprawdę trwała terapia.
„Ja, borderline i terapia” bardziej niż na wydarzeniach z życia autorki skupia się na jej emocjach, tych towarzyszących podczas jej leczenia, jak i w życiu codziennym. Ten fakt sam w sobie nie jest zły, ale w pewnych fragmentach książki proporcje emocje-życie zostają według mnie znacznie zachwiane. Ciężko się skupić na historii, kiedy ciągle czytamy o emocjach, a prawie wcale nie dowiadujemy się, czym zostały wywołane.

W trakcie czytania poznajemy trudności życia z osobowością z pogranicza z pierwszej ręki. Szczerą historię o drodze do zdrowia, która nie jest prosta - bo kiedy Ruda robi krok do przodu, borderline zaraz każe jej zrobić krok w tył. Jednak czasem nie o to w całym leczeniu chodzi, aby choroba zniknęła, ale aby nauczyć się z nią żyć.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.


Agnieszka Rosińska to osoba pasjonująca się psychologią, chętnie niosąca pomoc innym. Rolę takiej pomocy ma również spełniać napisana przez nią książka, opowiadająca o jej własnych zmaganiach z chorobą. Zodiakalny baran. Niepoprawna marzycielka.  Lubiąca wyzwania i adrenalinę typowa borderka. Matka i żona.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miłość opisana przez łyżwiarkę chybotliwą - „Art and Soul”, Brittainy C. Cherry. Recenzja


Wątki związane z chorobami, związkami zaistniałymi w młodości, czy problemami w rodzinie i życiu młodego człowieka - one często pojawiają się w obyczajówkach, skierowanych do nastolatków. Można z nich stworzyć powieść poruszającą, można wnieść do tego gatunku coś świeżego. Ale można też być jak zacięta płyta, która tylko powtarza to, co już wcześniej usłyszeliśmy. I „Art and Soul” trochę w sobie z takiej płyty ma... Czy jednak należy tę książkę spisywać na straty?

,,A person who never truly lost themselves could never truly find themselves either.
Art was everything right and wrong in the world. It understood what words couldn't say."

„Art and Soul” to historia dwojga młodych, poznających się w wieku kilkunastu lat ludzi. Żeńska bohaterka ma problem, ponieważ przez podjęcie złej decyzji musi sama poradzić sobie z ciężarem życia kiełkującego w jej brzuchu i przyszłością z nim związanego. Bohater męski też ma problem, ponieważ jako siedemnastolatek musi zdecydować pomiędzy pozostaniem z jednym z dwojga rodziców, podczas kiedy obojga trawi choroba. Można się domyślić, że zamysł książki jest taki, że bohaterowie mają się wzajemnie ze swoich problemów uzdrowić. Co takiego jest z tą historią nie tak, jak być powinno?

Rozpoczęcie akcji książki młodzieżowej od momentu pójścia bohaterów do szkoły to bardzo szablonowe posunięcie. Do tego dochodzą zachowania społeczności szkolnej, które są najzwyczajniej stereotypowe, często nieuzasadnione.
Jeden z bohaterów, dopiero będąc w ostatniej klasie liceum, trafia do szkoły, wcześniej uczył się w domu. Oczywiście placówka edukacyjna okazuje się być takim piekłem, jak przedstawiały to filmy. Fragmenty tego dotyczące to jakby kalki z innej powieści tego samego gatunku, książki „Hopeless” autorstwa Colleen Hoover. Inne elementy, które 'już gdzieś widzieliśmy', to sposób na zapoznanie ze sobą głównych bohaterów - praca nad wspólnym projektem szkolnym. Wygląda to jak „Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven. Ta powieść wydana została jednak tylko kilka miesięcy wcześniej od recenzowanej, trudno tu więc mówić o możliwości inspirowania się.
Mimo to wyraźnie widać, że Brittainy C. Cherry po prostu nie jest oryginalną postacią na arenie gatunku Young Adult. Szczególnie jeśli spojrzymy na jej styl pisania, który idealnie wpisuje się we wzór stosowany przez, mam wrażenie, większość amerykańskiej piszącej populacji. Bo kiedy myślę o amerykańskiej romantycznej i obyczajowej literaturze współczesnej, wydaje mi się, że pisarzom odgórnie się mówi, aby napisali książkę taką, jak wszystkie inne.
Co to oznacza u tej konkretnej autorki? Między innymi bezustanne tworzenie wypowiedzi poprzez powtarzanie pierwszych słów zdania poprzedzającego:

„My anger with Mom. My anger with cancer. My anger with life.”

„Maybe this time would be different. Maybe this time, the medicine and treatment would work.”

„He tried to be good. He tried to protect the ones he loved.”

„We kissed with the fear. We kissed with the anger. We kissed with everything we had inside of us. And then we kissed some more.”


Choć rozumiem, jakie uczucia ma wywołać u odbiorcy takie układanie zdań, lekko to męczy przy spotykaniu tego na każdej stronie.

A teraz trochę z innej strony - lubię oglądać występy łyżwiarzy figurowych. Kiedy obserwuje się łyżwiarzy na Igryskach Olimpijskich, można zauważyć, że jazda pierwszej części uczestników sprawia wrażenie chybotliwej. Przy naprawdę dobrych występach zapominamy, że lód jest śliski, przy średnich - boimy się, że łyżwiarz za chwilę się przewróci. I ja czytając historię napisaną przez Brittainy C. Cherry przypomniałam sobie o tych chybotliwych łyżwiarzach figurowych - tak autorka radzi sobie z tworzeniem historii. Po lekturze zostaje smak odrealnienia w ustach, a przede wszystkim w czytających słowa oczach. Coś w „Art and Soul” jest naciągnięte, a to Coś dotyczy braku odniesień do spraw, z którymi borykają się codziennie ludzie, czy nielogicznych zachowaniań wielu bohaterów. Oczywiście w przykazaniach pisarza nie jest nigdzie zapisane, że każdy bohater musi być logicznie postępującą osobą, bo i w prawdziwym świecie mamy takich ludzi deficyt.
W przykazaniach pisarza jest za to zapisane, że jeśli ktoś zachowuje się nielogicznie, narrator lub bohater książki musi to zauważyć. A ja mam wrażenie, że nie widzi tego nawet autorka książki, i w tym cały szkopuł.

„Maybe it's okay to no longer be the person we thought we were meant to be. Maybe it's okay to just be who we are now and accept that.”

Ogólnie, w historii przez pisarkę wykreowanej, każda strona jest kumulacją wszystkiego, co najgorsze człowieka może w życiu spotkać, bo bez tego autorka by silniejszych emocji w czytelniku wywołać nie potrafiła.
Jednak w powieści Brittainy C. Cherry jest pewien element, który spodoba się prawdopodobnie wszystkim, którzy zdecydują się ją pprzeczytać. Jedną rzecz opisała ładnie i nienachalnie - miłość rodzącą się między bohaterami. Ich relacja płynie wolno, rozwija się z biegiem wydarzeń, i chociaż, jak w każdej powieści Young Adult, są tu żenujące wstawki o mięknących kolanach (bo oczy głównego bohatera są tak! piękne!), to całokształt tego wątku pozostawia ciepło w sercu.

Ważnym elementem książki miała być sztuka, ale, czemu mnie to nie dziwi, Coś nie wyszło. Po przeczytaniu 20 stron „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego dowiedziałam się o sztuce więcej, niż z całej „Art and Soul”.
W dodatku męski bohater podobno kocha słowa, w wielu miejscach nam o tym się przypomina, tylko że ten chłopak używa tak prostego języka, że z jego codziennej lektury słownika ewidentnie nic nie wynika. Zatrważające było to, że główni bohaterowie, których pasje są jednoznacznie związane z kulturą, nie wiedzieli, kim był Marek Aureliusz.
Uczcijmy Wiedzę Powszechną minutą ciszy.




Miłe było jednak obserwowanie, jaki sztuka miała wpływ na proces dorastania obojga bohaterów.

Wiele złego można o tej książce powiedzieć, jednak kiedy po nią sięgnęłam, miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, i powieść Cherry była dokładnie tym, czego się spodziewałam. Niedociągnięcia są jednak w moich oczach nie do odpuszczenia.
Nie porównuję jej do innej książki pisarki, „Kochając pana Danielsa”, ponieważ zbyt wiele czasu minęło pomiędzy przeczytaniem jednej a drugiej powieści, i moje wrażenia są zatarte. Wiem natomiast, że „Kochając pana Danielsa” wplotło chociaż Shakespeare'a do bibliotek bohaterów, a tutaj - tylko ten nieszczęsny Marek Aureliusz.
Jeśli kochacie opowieści z tego gatunku, szukacie książki, która otuli Was ciepłem, pewnie będziecie zadowoleni. Ja jednak nie widzę powodu, żeby otaczać się takimi powieściami, kiedy możemy sięgnąć po coś, co będzie chociaż dopracowane.
Jako czytelnicy - nie pozwólmy, aby książki, którym brakuje sensu, stały się literackim standardem.
  


Brittainy C. Cherry to amerykańska pisarka. Jej pierwsza książka to „The space in between”, wydana w 2013 roku. Bardzo ciepła postać - na mnie sprawia wrażenie osoby, której nie da się nie polubić.

poniedziałek, 24 września 2018

Kot jako poczucie winy - „The Black Cat”, Edgar Allan Poe. Recenzja

Okładka książki: https://i.ebayimg.com/images/g/h-gAAOSwNOJan--m/s-l300.jpg
The Black Cat” to jedno z najsłynniejszych opowiadań Poe'go, autora szeroko znanego w Stanach Zjednoczonych, skąd pisarz pochodził, a zdecydowanie mniej rozpoznawalnego w Polsce. Mimo że jestem miłośnikiem tego pisarza i poety, to z pewnej przyczyny nieznane są mi niektóre z jego głośniejszych tytułów - Poe'go polubiłam prawdopodobnie od pierwszego napisanego przez niego zdania, na jakie udało mi się natknąć... Niepotrzebna mi w tym przypadku była znajomość całego kanonu, aby wiedzieć, że się w jego twórczości dobrze odnajduję, bo z niektórymi twórcamii szczególny rodzaj więzi wyczuwa się od razu.

Podobnie jak od razu spodobała mi się twórczość Poe'go, od razu spodobało mi się opowiadanie „The Black Cat” - bo narrator przypomniał mi szaleńca z ulubionego „The tell-tale heart(Serce - oskarżycielem).

„For the most wild yet most homely narrative which I am about to pen, I neither expect nor solicit belief. Mad indeed would I be to expect it, in a case where my very senses reject their own evidence. Yet, mad am I not—and very surely do I not dream.

Dla porównania wspomniane „The Tell Tale Heart”: 

,,True! -- nervous --very, very dreadfully nervous I had been and am; But why will you say that I am mad? The disease had sharpened my senses --not destoyed-- not dulled them. Above all was the sense of heraing acute. I heard all things in the heaven and in the earth."

Po dalszym zapoznaniu się z opowiadaniem można zauważyć, że ma ono ze wspomnianym ,,Sercem - oskarżycielem" więcej wspólnego, niż tylko rozpoczęcie. Przede wszystkim oba utwory dotyczą poczucia winy - jego symbolem jest dla bohatera ,,The Black Cat" właśnie czarny kot, będący dla mężczyzny uosobieniem wyrządzonego przez niego zła, prześladującą go istotą.

Narratorem opowiadania jest mężczyzna, o którym tak naprawdę zbyt wiele nie wiemy. Poznajemy go jako miłośnika zwierząt, szczęśliwego małżonka, a zmiany w jego psychice przedstawione są czytelnikowi poprzez pryzmat jego zbrodni.

Czytanie Poe'go nie jest proste dla nikogo, kto nie ma wprawy w rozumieniu tekstów angielskich z dziewiętnastego wieku - me included. Jednak jeśli chcemy zdobyć dowolność w wybieraniu tekstów literackich w języku obcym, to warto trochę czasu poświęcić gimnastykowaniu umysłu, a opowiadania są do tego dobrą podkładką. Nie musimy się obawiać klątwy odłożenia książki niedoczytanej, 'bo była za trudna', bo opowiadanie jest formą niedługą, której nie poświęcimy kilku dni, a poza tym zawsze możemy, np. na Wolnych Lekturach, sprawdzić polskie tłumaczenie, i wyjaśnić zdania o zagadkowych, niedzisiejszych konstrukcjach.
Zachęcam do sięgnięcia po Poe'go po angielsku, bo warto mieć kontakt z czymś tak kunsztownym... Już któreś spotkanie z kolei mam z tym pisarzem tak, że po kilku pierwszych zdaniach nie mogę się powstrzymać od czytania na głos, tak aby móc się w pełni napawać dźwięcznością tekstu.
Niemniej jednak, dla nieczujących się w tym języku dobrze nie jest to nic straconego, bo tłumaczeniem na polski Poe'go zajmowali się najczęściej wybitni literaci, co widać, i słychać, i czuć.

„The Black Cat” to jak na Poe'go dzieło bardzo przystępne, będące obrazem ludzkiej tragedii, która może nam się w pewnych aspektach wydawać nierealna, a jednocześnie nie ma tu elementów fantastycznych. Opowiadanie nazywane w czasach swojego powstania wulgarnym, które stało się elementem rozpoznawczym jednego z wybitniejszych twórców grozy. Dzieje mężczyzny, który przez alkohol zaczął odczuwać silną potrzebę wyrządzania zła...



Edgar Allan Poe (1809-1849) - przedstawiciel romantyzmu literatury amerykańskiej. Zapoczątkował gatunek noweli kryminalnej. Jako twórca inspirował m.in. Dostojewskiego. Pierwszy dobrze znany Amerykanin, który próbował żyć samym pisaniem. Życie prywatne tego mężczyzny często naznaczone było cierpieniem. Do dzisiaj spekuluje się nad powodami tragicznej śmierci pisarza.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Polski wymiar 'nie'sprawiedliwości - „Polska odwraca oczy”, Justyna Kopińska. Recenzja

Reportaże Justyny Kopińskiej to przede wszystkim droga do ukarania przestępcy, tam gdzie organy ścigania i sądy poruszają się jak w błocie, wolno i nieskutecznie, nie przykładając do spraw odpowiedniej wagi. Jednak dzięki dziennikarskiej interwencji, upublicznianiu przestępstw i nagłaśnianiu ich, często następuje przyspieszenie niezbędnych działań. Doniesień niewygodnych i spraw trudnych nie zamiata się już pod dywan.
W „Polska odwraca oczy” mamy również reportaże zwyczajnie poruszające, takie jak to opowiadające o niedosłyszącym młodym mężczyźnie, dla którego ciężko było wykopać drogę ku kształceniu się, pomimo muzycznego talentu. W Polsce lepiej nie być niepełnosprawnym.
Dzięki płynnemu i dynamicznemu stylowi, w którym mamy same konkrety, reportaże stanowią książkę, której warto poświęcić czas i myśli... poświęcić trzeba też nerwy, bo od większości opisanych wydarzeń robi się po prostu słabo.

Rozmowa z żoną Mariusza Trynkiewicza to z pewnością mocny wstęp. Podejmując rozmowę z dziennikarką, Anna prawdopodobnie starała się zmienić wizerunek poślubionego w więzieniu męża. Według niej to media rozpowszechniają fałszywe wiadomości o ,,jej Mariuszku" jako o psychopacie, w rzeczywistości ma to być po prostu były morderca - inteligenty, delikatny, znający historię i sztukę.
Jednak przez swoje niespotykane opinie, kobieta wywiera na czytelniku piorunujące wrażenie osoby, która zgubiła gdzieś swoją moralność i nie potrafiła jej znaleźć. Jako matka jest w stanie powiedzieć: „ Nawet gdyby ktoś zgwałcił czy zamordował moją córkę, to nie życzyłabym mu śmierci. Dwadzieścia pięć lat więzienia to również zbyt okrutna kara”. A przecież mówimy o zabójcy czterech nastolatków...
Pani Ania dokłada do tego opinię, że ci chłopcy po wyrośnięciu staliby się złoczyńcami; że nie poszliby do mieszkania Mariusza na obiecane im strzelanie z wiatrówki, gdyby tylko mieli rozum. Zdaniem „To była ich decyzja, że nie żyją” bezcześci swoją szansę na pozytywny odbiór jej wypowiedzi, i maluje siebie jako osobę omamioną przez męża, schwytaną w pułapkę olśniewającej osobowości człowieka, który wszystkich innych niepokoi.
Gdybym była bardziej cyniczna, może naszłaby mnie chęć powiedzenia pani Annie o innych wrażliwych więźniach znanych historii, takich jak Al Capone, który w Alcatraz do utworu czeskiego kompozytora napisał słowa „Boskie dźwięki humoreski, poruszacie i napełniacie moje serce...”. Czy jego też, przez tę urzekającą wrażliwość, chętnie by poślubiła? A może to prestiż tej postaci wpłynąłby na decyzję? Odpowiedzi na te kwestie podpowiedziałyby nam, skąd może wynikać absolutna obojętność wobec przeszłości człowieka, za którego postanowiła wyjść.

Inny raportaż dotyczy ordynator Annę M, na którą w gdańskim szpitalu psychiatrycznym pacjenci mówili ,,Hitler" lub ,,gestapowiec". Z jej polecenia nastolatków z oddziału XXIII przypinano pasami do łóżka na kilka miesięcy, podając im silne leki; zmuszano ich do biegu w bieliźnie i bez obuwia w kilkunastostopniowym mrozie; kazano bez powodu cały dzień stać na baczność na korytarzu; wyzywano i poniżano w okrutny sposób.
Ponieważ rozprawa w sądzie dotycząca jej znęcania odbyła się dopiero pięć lat po tych makabrycznych wydarzeniach, Anna M. mogła dalej prowadzić z pacjentami ,,leczenie", bez żadnego nadzoru. Policja i prokuratura działają w ten sposób również w sprawach zaginięć dzieci i morderstw - powoli, najlepiej jeśli wszystkie dowody zbiorą się same.
Justyna Kopińska w rozmowach z bliskimi ofiar, policjantami i prokuraturą przybliża czytelnikowi system, który stoi za tak nieumiejętnym ściganiem przestępców.
Okazuje się, że w pracy śledczych najważniejsze są statystyki. Dlatego średnia odnalezionych morderców jest w Polsce o ponad dwadzieścia procent wyższa, niż w innych krajach europejskich, stosujących lepsze metody. U nas większość spraw, gdzie są poważne przesłanki do podejrzewania zabójstwa, zamiast badana jest archiwizowana. Procenty muszą się zgadzać, inaczej policja w danym okręgu uważana jest za niekompetentną. Ambitnym śledczym, chcącym pracować nad dochodzeniami trudnymi, grozi się wyrzuceniem z pracy; tacy ludzie nie mieliby również szansy na awans. Liczy się ilość rozwiązanych spraw, na ich trudność się nie patrzy. Korzystne jest również klasyfikowanie przez prokuraturę morderstwa jako nieumyślnego spowodowania śmierci.

,,Z powodu przymusu podciągania statystyk, tych najbardziej  niebezpiecznych przestępców, którzy potrafili ukryć ciało i mogą zamordować ponownie, traktujemy najłagodniej."

Wymiar sprawiedliwości działa w taki sposób, że często nie ma nikogo, kto byłby winny odraczaniu sprawy i błędach w jej prowadzeniu. Przez przedłużanie pobytu bandytów na wolności, lista ofiar się wydłuża, jednak gdy dziennikarka dzwoni po informacje, chce dowiedzieć się, kto za tym stoi, słyszy tylko: ,,Proszę spytać policję", a potem ,,Nad sprawą nadzór miała prokuratura. My nie odpowiadamy na to pytanie". Kiedy kobieta dalej drąży, dostaje odpowiedź: ,,Może pani napisać pismo, a my odmówimy".

Ofiarom opisanym w reportażach często się nie wierzyło, w końcu do zeznań pacjentów szpitala psychiatrycznego, dzieci z biednych rodzin i więźniów, podchodzić trzeba z rezerwą. Kobiecie zgwałconej policjantka wmawiała, że zmyśla, i że trzeba było krzyczeć głośniej, a oprawcę kopać mocniej. Później umorzyła sprawę.
Nikt nie chciał uwierzyć dzieciom, że siostra zakonna pobiła kogoś do nieprzytomności, bo habit tworzy autorytet. O wielu bulwersujących sprawach w Polsce nie wiemy, dopiero dążąc do sprawiedliwości we własnej sprawie zauważamy, jak wadliwe jest prawo.

Gdy Anna M. źle traktowała pacjentów i skazywała ich na wymyślne kary, salowi i pielęgniarki jedynie obserwowali koszmar, przez który codziennie przechodzili nastolatkowie. Musiał minąć długi czas, zanim ktoś z nich w końcu odpowiednio zareagował i opowiedział o przestępstwach odpowiednim służbom. Policjanci wiedzą, że przymus trzymania się statystyk i nieskupianie na dobru ofiar to podły wymysł, jednak tak samo jak pielęgniarki w gdańskim szpitalu, boją się stracić pracę, jeśli nie posłuchają rozkazów z góry. Przez nieprzystosowanie prawa do rzeczywistości i bierność policjantów, liczba bandytów niepostawionych przed sądem ciągle wzrasta.
Czy aby tutaj nastąpiła jakaś zmiana, też będzie trzeba jeszcze długo czekać?



Justyna Kopińska to polska reporterka, socjolog, i dziennikarka pisząca dla Gazety Wyborczej. Jest laureatką wielu nagród - najbardziej prestiżowa to European Press Prize, otrzymana za reportaż ,,Oddział chorych ze strachu''. Dąży do prawdy i, jak mówi, nie zależy jej na rozmowach z ludźmi z pierwszych stron gazet, woli docierać do tych, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie, a nikt ich o nie nigdy nie zapytał.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Japońska dojrzałość lat sześćdziesiątych - ,,Norwegian Wood", Haruki Murakami. Recenzja


 I once had a girl
Or should I say, she once had me?
She showed me her room
"Isn't it good, Norwegian wood?"

Tymi słowami rozpoczyna się piosenka Beatelsów, której tytułem Murakami nazwał swoją powieść o dojrzewaniu, skupiającą się na młodym Watanabem i jego znajomych o specyficznych charakterach.

Autor jednak nie tylko tytułem nawiązał do muzyki, ponieważ cała książka jest nią przepełniona. Kiedy Murakami był młody, pracował w sklepie muzycznym - w takim samym miejscu obsadził Watabanego, który poznaje muzykę lat sześćdziesiątych dzięki pracy, a także wielu wyjściom do jazzowych klubów. Na kartach tej powieści mamy również historię niedoszłej pianistki Reiko (,,Jestem pożałowania godnym niewolnikiem muzyki."), która dla uciechy własnej i znajomych gra na gitarze kolejne znane utwory, w tym tytułowe Norwegian Wood. Przekrój piosenek jest bardzo szeroki, od grających psychodelicznego rocka The Doors, po klasycznego Brahmsa.

„Norwegian Wood" to taka książka, przy której człowiek czasem płacze w środku nocy, a czasem śmieje się na głos. Czasem płacze, bo to powieść wypełniona bohaterami smutnymi, zmagającymi się z lękami, wywołująca w nas głęboki niepokój. Rzeczywistość bardzo skomplikowanych relacji, radzenie sobie z chorobami psychicznymi, życie z przedwczesną śmiercią bliskich, talenty zmarnowane przez błędy wychowania i kłamstwa. To powieść, w której Murkami odchodzi od typowego dla siebie realizmu magicznego, aby sprawdzić się w sentymentalizmie; ten eksperyment zdecydowanie się autorowi udał.

,,Uścisnęliśmy sobie dłonie i rozstaliśmy się. On ruszył zdobywać świat, a ja wróciłem do swego bagna."
,,Tylko zmarli mają siedemnaście lat."


Ważną rolę odgrywają tutaj świetne kreacje bohaterów; co drugi to charyzmatyczniejszy. Kiedy wydaje się nam, że najspecyficzniejszą postacią jest ambitny Nagasawa, ścigający się sam ze sobą człowiek niepowszechnych opinii, wtedy przychodzi Midori, która swoją otwartością i swobodą w opowiadaniu seksualnych fantazji zwala nas z nóg. Obok nich mamy też ważną dla Watabanego, przepełnioną cierpieniem Naoko, czy współlokatora Komadosa, o którym można opowiadać anegdoty na spotkaniach towarzyskich. Na Watbanego prawdopodobnie przechodzi poczucie humoru Midori... A wtedy opowiada historię takie, jak ta:

 ,,Idziesz sobie sama wiosną po łące, a z naprzeciwka nadbiega śliczny niedźwiadek o aksamitnym futerku i błyszczących oczkach. I mówi: - Dzień dobry, panienko. Może się razem poturlamy? I objęci spędzacie wesoło cały dzień, turlając się po porośniętych koniczyną górkach. To byłoby miłe, prawda?"

Podobało mi się również nawiązanie do powieści Tomasza Manna. „Czarodziejska góra" mówi o człowieku odwiedzającym swojego kuzyna, przebywającego w sanatorium w górach, i kiedy podobny motyw pojawia się w „Norwegian Wood", Watanabe czyta właśnie tę książkę. Bardzo możliwe, że jest tu więcej takich nawiązań, czy to do innej literatury, czy do słuchanych przez bohaterów utworów. Ale to mógłby już zauważyć jedynie ktoś bardzo dobrze znający wszelkie dziedzictwo kulturowe. 


,,- Jestem zwyczajny. Urodziłem się w zwyczajnej rodzinie, zwyczajnie dorosłem, mam zwyczajną twarz, zwyczajne stopnie, myślę o zwyczajnych rzeczach. 
- Czy to nie twój ulubiony Scott Fitzgerald pisał, że nie powinno się ufać nikomu, kto mówi, że jest zwyczajnym człowiekiem?"

Na podstawie „Norwegian Wood" nakręcono w Japonii film, jest to również książka, dzięki której ze zwykłego pisarza, Murakami stał się autorem szeroko znanym i lubianym w świecie; jak się podejrzewa właśnie przez to, jak różna jest ta powieść od pozostałych. Często pyta się Murakamiego, czy jest to książka autobiograficzna, ze względu na jego podobieństwa z Watanabem. Jedną z jego odpowiedzi jest: „Gdybym napisał autobiografię, nie liczyłaby ona więcej niż piętnaście stron."




  Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.