poniedziałek, 17 grudnia 2018

Zagubiony w Nowym Jorku - „The Catcher in the Rye”, J.D. Salinger. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
„Catcher in the Rye”, w Polsce występująca jako „Buszujący w zbożu”, to powieść wzbudzająca kontrowersje do tej pory, mimo że po raz pierwszy została wydana w 1915 roku. Przed jej przeczytaniem domyślałam się jedynie (błędnie) co w niej może wzbudzać w ludziach skrajne emocje. Oglądając film „Rozdział 27”, dotyczący zabójcy Johna Lennona, na którego „Buszujący w zbożu” miał ogromny wpływ, otrzymałam nietypową rekomendację - chciałam sprawdzić, co takiego obezwładniającego jest w tej powieści. Dzisiaj mam wrażenie, jakby wszystko, co mi się na jej temat wydawało, było omyłkowe.


 „I know that it sounds mean to say, but I don't mean it mean. I just mean that I used to think about old Spencer quite a lot, and if you thought about him too much, you wondered what the heck he was still living for. [...] That's what I mean. You take somebody old as hell, like old Spencer, and they can get a big bang out of buying a blanket.”


 Fabuły w „The Catcher in The Rye” nie da się opisać tak jak w przypadku większości książek, określić jej. Zadaje się, że jest tu ona jedynie tłem dla myśli głównego bohatera, do tego stopnia, że czytelnik może odnosić wrażenie, jakby wcale nie szła ona na przód. Autor dał swojemu bohaterowi miejsce wydarzeń, czas i otaczających go ludzi, ale tak nastawił całą książkę na ważność narracji samej w sobie, że wszystko inne niknie.

Holden Caulfield to wyłamujący się ze swojego otoczenia nastolatek, z którym jednocześnie utożsamia się wielu czytelników. To typowy przypadek młodego zbuntowanego człowieka, który już nie pierwszy raz zostaje wyrzucony ze szkoły. Jednak przed powrotem do domu i zbliżającymi się świętami, zaczyna błądzić po mieście, dając Nam możliwość poznania siebie jako człowieka zagubionego i cierpiącego.

„"This is a people shooting hat," I said. "I shoot people in this hat."” 

Przez liczne sceny z życia chłopców z internatu, książka ma w sobie coś bardzo chłopięcego, tę prostą perspektywę postrzegania świata, zmąconą przez trudności wieku dojrzewania. Dodatkowo narracja Holdena jest pozbawiona literackiej poetyckości, bardziej przyjmuje ton konwersacji z czytelnikiem. Poza tym szesnastolatek ma skłonności do nazywania wszystkiego 'lousy' i 'phony', a co ciekawe, Salinger przyznaje, że w jakimś stopniu jest to powieść autobiograficzna: "My boyhood was very much the same as that of the boy in the book ... It was a great relief telling people about it."


Opowieść Holdena dotyczy więc przede wszystkim brutalności chłopięcego świata, dorastania, życia w Nowym Jorku. Mimo że Holden nie mówi wprost, co mogło przyczynić się do jego zachowania, nietrudno zauważyć, że wpływ na to miała strata bliskiej osoby połączona z negatywnym odbiorem świata. Motywami i tematem, do „The Catcher in the Rye” bardzo podobna jest „Norwegian Wood”, choć jednocześnie są to powieści kompletnie różne. Do mnie bardziej trafia książka Harukiego Murakamiego, ale klasykowi Salingera również nie można odebrać uroku.



„What really knocks me out is a book that, when you're all done reading it, you wish the author that wrote it was a terrific friend of yours and you could call him up on the phone whenever you felt like it. That doesn't happen much, though. I wouldn't mind calling this Isak Dinesen up. And Ring Lardner, except that D.B told me he's dead.”


Salinger, mogę do ciebie zadzwonić?




 Jerome David Salinger (ur.1919r., zm.2010r.) znany jest przede wszystkim z powieści „The Catcher in the Rye”, która po wydaniu w 1915 roku stała się natychmiastowym sukcesem. Służył w wojsku podczas II Wojny Światowej. Jego ostatnia praca wydana została w 1965 roku. Pisarz cenił swoją prywatność, i po „Buszującym w zbożu” starał się unikać rozgłosu.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Wyspa szaleńców - „And then there were none”, Agatha Christie. Recenzja

And then there were none - Ten little Indians
Agatha Christie, mimo popularności, jaką cieszą się dzisiaj powieści kryminalne, wciąż pozostaje niekwestionowaną królową gatunku. Pisała książki nieprzepakowane wątkami zbędnymi, skupiające uwagę czytelnika tylko na tych poczynaniach bohaterów, które związane były ze śledztwem, a mimo to jej zagadki i tak pozostawały nierozwiązane aż do ostatnich stron. Mimo tych walorów, które dotyczą również „And then there were none” (w Polsce ,,I nie było już nikogo"), mi w tej krótkiej powieści przypadł do gustu przede wszystkim pomysł.

„One little Indian boy left all alone;
He went and hanged himself and then there were none.”

Niewiele osób czułoby się komfortowo, gdyby pozostawiono Nas z grupą obcych w miejscu bez wyjścia, i kiedy doskwierałby Nam brak możliwości kontaktu ze światem. Taką sytuację opisuje Christie w powieści, której bohaterowie chyba woleliby już znaleźć się na wyspie bezludnej, niż na takiej wśród innych ludzi. Może nie doskwierała im samotność, ale za to znaleźli się w domu nieodgadnionego właściciela, gdzie stali się ofiarami wyszukanej intrygi. W tej historii nikt się nawet specjalnie nie zastanawia, dlaczego morderca posługuje się wzorem z rymowanej wyliczanki dla dzieci. Oszołomieni bohaterowie, z biegiem wydarzeń w głowach zaczynają mieć jedynie czystą panikę, która pomaga w szybkim reagowaniu, ale nie w przeprowadzaniu głębokich analiz. Jedyne, co się zaczyna liczyć, to przetrwanie.Tylko kto jest mordercą, i jak w ogóle wszystkie przedstawione wydarzenia są w stanie być zaplanowane z góry przez jeden umysł?


"Remember this island when I was a kid. Never thought I'd be doing this sort of a job in a house here. Good thing, perhaps, that one can't foresee the future...'"

Jedno nie ulega wątpliwości - żeby stworzyć taką historię, Christie musiała mieć umysł genialny. Zdania na temat powieści są różne, a według mnie zarówno osoby ją chwalące, jak  i zaznaczające niepodobające im się aspekty, mają rację - wszystko zależy od naszego podejścia.
Jako jeden z mankamentów podaje się brak możliwości polubienia bohaterów, spowodowany przez niewielką ilość opisów dotyczących ich osobowości. Jak jednak pisałam wyżej, Christie skupia się na intrydze. Mogę dodać, że bardzo podoba mi się uzyskany przez to efekt - w opisach śmierci boahterów nie ma jednej wielkiej i niepotrzebnej makabry, przez którą rzadko sięgam po powieści z tego gatunku...
W każdym razie przez popularność książki, najpewniej samemu warto się przekonać o jej wnętrzu.
Po „And then there were none”, biorąc pod uwagę niestraszący trudnością język, można sięgnąć w oryginale, aby jak najlepiej wczuć się w klimat ogarniętej paniką angielskiej wyspy. To nie tylko dobry kryminał, ale też rzetelne, choć niewielkie objętościowo, studium zachowań ludzi owładniętych strachem. Christie nie zawodzi.




Agatha Christie (ur.1890 roku, zm.1976) - Agatha Mary Clarissa Miller Christie, brytyjska autorka powieści kryminalnych i obyczajowych. Napisała 66 powieści detektywistycznych i 6 romansów pod nazwiskiem Mary Westmacott; wydnano też 14 zbiorów jej opowiadań. Najlepiej sprzedająca się autorka wszech czasów - sprzedano ponad dwa miliardy egzemplarzy jej powieści. „And there were none” to najlepiej sprzedająca się na świecie powieść kryminalna. Twórczyni detektywa Poirot'a.

 


poniedziałek, 3 grudnia 2018

Koszmary codzienności - „Księga Jesiennych Demonów”, Jarosław Grzędowicz. Recenzja

Z jakimi trudnościami przychodzi Wam się mierzyć na co dzień? Choć każdy człowiek jest wyjątkowy, a jego umiejętności radzenia sobie z cierpieniem różne od tych innych ludzi, to w gruncie rzeczy gdyby wszystkie problemy, z jakimi mierzą się ludzie na świecie, włożyć do jednego worka, wcale nie byłby on aż tak bardzo wypchany...
Lęki, słabości, kłopoty po nieprzemyślanych decyzjach, braki w wyglądzie, charakterze i portfelu, zły sposób myślenia, trudności z dostosowaniem się do sytuacji, zła praca, brak pracy, samotność, przemoc, strata, uzależnienia, źle układający się związek, inność, choroby, wojna, terroryzm, głód.
Widzicie, wcale nie jest ich aż tak wiele. Tak właściwie każdą rozterkę można podpiąć pod któryś z powyższych problemów. A mimo to nawet jeden z nich jest Nas w stanie popsuć. Skrada się i któregoś dnia odbiera reszki szczęścia, lub też spada na człowieka z tupetem, odbierając mu dech w piersiach.
I Jarosław Grzędowicz, korzystając z Naszego współistnienia z problemami obu rodzajów, opisuje je w pięciu opowiadaniach, znajdujących się w całkiem przyjemnie zatytułowanej książce, czyli w „Księdze Jesiennych Demonów”.



„Są rzeczy, które przychodzą z wyższego świata i takie, które wychodzą z niższego. Choroby, niefart, kursy walut. Tak było, jest i będzie. Nie ma znaczenia, czy siedzisz w szałasie, jaskini, czy apartamencie. Dżungla jest wszędzie tam, gdzie ludzie.”


Które problemy Grzędowicz wybiera z worka, aby uczynić z nich główne motywy swoich prac? Gdybyśmy mieli zastąpić nimi tytuły opowiadań, byłyby to kolejno:
„Braki w portfelu i brak pracy”,

„Zła praca, inność i trudności z dostosowaniem się do sytuacji”,

„Źle układający się związek, uzależnienia, przemoc i kłopoty po nieprzemyślanych decyzjach”,

„Zły sposób myślenia, braki w portfelu, źle układający się związek”

„Strata i samotność”.

Jednak to, że jestem w stanie w ten sposób te opowiadania opisać, nie sprawia, że nie ma w nich niczego więcej ponad wymienione wyżej słowa. Wręcz przeciwnie. Wyobraźcie sobie, jaki efekt można otrzymać, kiedy takie czynniki wymieszamy z porządną dawką fantazji. A jeśli jeszcze nie potraficie tego wyraźnie w głowach zobaczyć, nic straconego - wystarczy sięgnąć po książkę.

Autor z wplątywaniem swoich szalonych konceptów w życia zwykłych ludzi radzi sobie z drobnymi potknięciami, które czytelnik jest w stanie wybaczyć na rzecz przeżycia wielkiej, a nieraz i mniejszej, mieszczącej się na terenie jednego domu, przygody. Opisy są żywe, jednak ominęła je wulgarność, na którą czasem wpadamy przy czytaniu opowieści z pogranicza horroru. Możemy się jednak spodziewać języka, który jest bardzo ironiczny, a dodatkowo sposób myślenia przedstawiony na kartach książki jest często przepełniony wszelką negatywną perspektywą - i choć wiem, że bohaterowie przechodzili przez ciężkie okresy, mam wrażenie, że Jarosław Grzędowicz po prostu jest jednym z tych pisarzy, którzy bez dużej dozy sarkazmu się nie obejdą.


„Nie wiem, dlaczego tak wszystko komplikujecie. Głównie robicie te rzeczy, których wcale nie chcecie. I tak przez całe życie. A potem tego żałujecie. Ciężko być człowiekiem.”

Niezależnie od tego, czy sami toniecie w kłopotach, i książka ma być dla Was od nich ucieczką, czy też po prostu jesteście fanami fantastycznych opowieści, z którymi miło spędzić można mgliste, jesienne dni, „Księga jesiennych demonów” może się okazać lekturą idealną.



Jarosław Grzędowicz to polski pisarz, który zadebiutował w 1982 roku - w tygodniku Odgłosy ukazało się jego opowiadanie, „Azyl dla starych pilotów”. Jest autorem 4-tomowego cyklu „Pan Lodowego Ogrodu”. W latach 1993-2001 był redaktorem naczelnym czasopisma FENIX. Do tej pory wydano osiem jego książek.