Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 maja 2019

Krótko o musicalu „Chicago”, reż. Rob Marshall


Jak wiele można wyrazić poprzez taniec i śpiew? Pierwsze jest w stanie przekazać różne uczucia ruchem, natomiast drugie może już służyć jako sposób opowiadania historii od początku do końca. Jednak gdy połączy się te elementy i doda kamerę, wyjdzie nam musical, czyli film, którego klimat zazwyczaj utrzymany jest w realiach zdecydowanie bardziej baśniowych, niż w innych gatunkach filmowych: tak jest na przykład ze sławnymi "Moulin Rouge!" i "La La Land". I tak też jest w przypadku filmu z 2002 roku, nominowanego do 13 Oskarów Chicago.
Podobny obraz
źródło: emmasrandomthoughts.wordpress.com

Chicago to realia tytułowego miasta lat 20. XX wieku z perspektywy więźniarek. Już sam ten temat w połączeniu z zabawowym klimatem filmu wywołuje w nas ciekawość... Powstały na podstawie przedstawienia teatralnego musical nie skupia się jednak na zobrazowaniu życia w więzieniu, a na sławie. Można ją zyskiwać, tracić, walczyć o nią. Ale trafiających do więzienia morderczyń z początku interesuje coś zupełnie innego - uniewinnienie. To uzasadnione pragnienie szybko jednak zmienia się w żądzę sławy, gdy uznany prawnik chce stworzyć dla winnych kobiet odpowiedni wizerunek medialny. Odpowiedni znaczy taki, którego będą chcieli ludzie. Kiedy ludzie staną się zauroczeni zbrodniarkami, droga więźniarek do wolności stanie się prosta.



Znalezione obrazy dla zapytania chicago rob marshall
żródło: The Mind Reels






Film jest dobrze zrealizowany, mam trochę wrażenie, że czasami aż „za dobrze”, ponieważ w połączeniu z moim oglądaniem wszystkiego w skupieniu, scen, które były wytańczone i wyśpiewane, było aż za wiele. Ale taka też jest po prostu cecha filmów bardzo dopracowanych, w których jest wiele elementów czysto artystycznych.

W fabule "Chicago" nie ma miejsca na uczciwość, sprawiedliwość. To świat, w którym triumfuje ułuda i ludzie potrafiący odnaleźć się na scenie. To tak, jak w rzeczywistości: ci, którzy potrafią najlepiej się zaprezentować, osiągają największe sukcesy, niezależnie od prawdy o ich życiu.


https://mindreels.files.wordpress.com/2015/08/rene.jpg
źródło: Pinterest
Niektórzy twórcy filmu: Rob Marshall, Renee Zellweger, Catherine Zeta-Jones, Queen Latifah, Richard Gere, John C. Reilly, Colleen Atwood, Bill Condon, John Myhre

poniedziałek, 20 maja 2019

Wyczaruj mi zbrodnię - „Czarownice z Salem Falls”, Jodi Picoult. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek
Picoult, czyli pisarka, której kilka lat temu poświęciłam sporo czasu. Fabuły jej książek, a w nich problemy bohaterów, które wiązały się z sądami, były dla mnie i dla mojej koleżanki czymś świeżym, po co zawsze sięgałyśmy z przyjemnością.
Chciałam przekonać się, czy powieści Jodi Picoult dalej są dla mnie jak magia, więc sięgnęłam po nic innego, jak po ”Czarownice z Salem Falls”.

„Podwodny świat kusił swoją metamorficzną niezwykłością: człowiek poruszał się w nim powoli, bardzo powoli i nabierał nadziei, że może dzięki temu nigdy nie będzie musiał wydorośleć."

W kowenie z Salem Falls niewątpliwie są dziewczyny o czarującej urodzie. Jak u nich z rzucaniem zaklęć, mnie - nie-czarownicy - ciężko stwierdzić, ale jakoś wiążą koniec z końcem. Dzięki czarom są w stanie się zemścić, a skrywana tajemnica powoduje u nich poczucie wyższości nad lokalną społecznością. Ta nastoletnia chęć bycia innym od wszystkich wymyka się jednak spod kontroli, kiedy dziewczyny obchodzą w lesie święto czarownic...
Poza przedstawieniem nam tytułowych bohaterek, Picoult przybliża nam również postać Jacka, który z początkowej perspektywy mieszkańców Salem Falls wziął się znikąd. My jednak wiemy, że wziął się z więzienia, a i miejscowi też się niedługo o tym dowiedzą. A dla człowieka skazanego za gwałt na nieletniej nie przewidzieli miejsca w swojej małej, spokojnej społeczności.

„Na północy żyje eskimoski lud Inuitów. Według ich wierzeń gwiazdy są tak naprawdę dziurami w niebie, a ich blask to znak, że ci, których kochaliśmy, są szczęśliwi w zaświatach.”


Historia z „Czarownic...” łączy w sobie wiele ludzkich żyć. Każde z nich nosi na sobie zadrapania, ale nie każde miało związek ze zbrodnią. Ale w Salem Falls największy problem polega na tym, że wymiarowi sprawiedliwości trudno jest patrzeć sprawiedliwie. Wszystko na sali rozpraw wydaje się być zmyślone, ława przysięgłych zdaje się więc bardziej ufać dawnym wyrokom niż sobie.

Pisarka jak zwykle przedstawia ważne kwestie z sobie tylko znaną lekkością i zrozumieniem. W tej powieści najważniejsze punkty stanowią podejście sądów i społeczeństwa do gwałtów i nietolerancja w stosunku do byłych więźniów. Picoult nigdy nie stawia tylko na jedną perspektywę, ale pokazuje, że żadna sprawa nie jest czarno-biała, bo każda historia nosi w sobie czyjąś tragedię. Być może wiąże się ona z relacjami w rodzinie, może z miłością, ze zbrodnią. Żadne rozwiązanie, nawet wydane przez najsprawiedliwszy sąd, nie sprawi, że każdy z ludzi biorących udział w rozprawie poczuje się sprawiedliwie osądzony.

„Byli więźniowie też muszą gdzieś mieszkać. Nie można ich zaganiać w stada i zmykać w rezerwatach.”

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, autorka wielu bestsellerowych powieści, mama trójki dzieci mieszkająca w New Hampishire. W swoich książkach najczęściej podejmuje tematy związane ze sprawiedliwością. Pięć jej powieści doczekało się ekranizacji, w tym głośne „Bez mojej zgody”. Czasami korzysta z postaci wykreowanego przez siebie bohatera w kilku książkach.

czwartek, 24 stycznia 2019

„Płomienie” w reżyserii Chang-donge'a Lee i opowiadanie Harukiego Murakamiego. Dlaczego warto poświęcić im uwagę?

za zamkniętymi okładkami burning movie



Niedawno w kinach pojawił się film „Płomienie”, będący ekranizacją opowiadania „Spalenie stodoły” japońskiego pisarza Harukiego Murakamiego ze zbioru zatytułowanego „Zniknięcie słonia”. Film jest produkcji koreańskiej i jest tegorocznym kandydatem do Oskara Korei Południowej. Równie dobry co opowiadanie, czy może nawet lepszy?

W ubiegłym roku pisałam o ekranizacji opowiadania Neila Gaimana, gdzie opisywałam również, dlaczego lubię właśnie ekranizacje opowiadań, nie powieści. Zwyczajnie łatwiej wtedy wypaść filmowi dobrze, ponieważ kiedy porównujemy powieść z jej ekranizacją, może ona być co najwyżej równie dobra, co książka. W przypadku opowiadań jest inaczej, bo reżyser rozbudowuje treści, zamiast je ciąć; przy tym cięciu czasem gdzieś ginie głębia. Jednak w przypadku „Płomieni” porównanie filmu z opowiadaniem daje nam wnioski, których się nie spodziewałam. Ale o tym później ... 

za zamkniętymi okładkami recenzje książek

Zacznijmy od opowiadania, bo to od niego się wszystko zaczęło. Przedstawia ono pewną historię z perspektywy trzydziestojednoletniego mężczyzny, który na weselu znajomego poznaje dziewczynę. Jest ona postacią typową dla bohaterów Murakamiego, to znaczy stanowi pewną osobliwość, a bohatera napawa ciekawością. Z biegiem wydarzeń kobieta poznaje jeszcze jednego mężczyznę, przez którego zmienia się życie mężczyzny i kobiety. Opowiadanie zawiera w sobie metaforę, którą pojmujemy wraz z jego ostatnim zdaniem. Jest to opowieść tajemnicza, atmosferą przypominała mi powieść „Tańcz, tańcz, tańcz”. Niewątpliwie pozostawia w czytelniku wiele emocji.

Znalezione obrazy dla zapytania burning movie
„Płomienie” są thrillerem, który z opowiadania japońskiego pisarza wyciągnął wszystko, co najlepsze. Ogólny pomysł i metafora pozostają te same. Role bohaterów w znacznie rozbudowano, dokładniej przedstawiając ich emocje, zmieniając życiorysy, przestawiając wydarzenia tak, aby lepiej zbudować napięcie w tej dłuższej formie. Te same pozostały natomiast najważniejsze kwestie w opowiadaniu - choć ze względu na zmianę Japonii na Koreę, stodoły przemieniły się w szklarnie.


W filmie poza tym są elementy typowe dla powieści Murakamiego, przede wszsytkim chodzi o głównego bohatera. Jest samotny, wyobcowany, jego odizolowanie odzwierciedla również jego dom, stojący na głębokiej wsi, a Murakami właśnie na samotnych mężczyznach najczęściej skupia uwagę. Ponadto utrzymany został indywidualizm dziewczyny. Sposób wypowiadania i zachowania się bohaterów w „Płomieniach” też jest bardzo zbieżny z tym, jakie dialogi mógłby ułożyć Murakami, gdyby tylko „Spalenie stodoły” było powieścią. Myślę jednak, że autor stworzyłby inne zakończenie, ale nie oznacza to, że jednoznacznie mi się ono nie podobało.

Ciekawe było również przedstawienie środowiska Korei Południowej, kiedy życie bogatych spotkało życie zwykłych ludzi. Wyobcowanie o którym pisałam wyżej było uwidocznione właśnie w tym zjawisku, kiedy nagle młody pisarz (główny bohater) znalazł się obok zamożnego, wyniosłego mężczyzny, którego przypadkowo spotkała dziewczyna. Jego majątek potęguje uczucie nieufności wobec niego - widzimy, że jest bogaty, ale nie wiemy dlaczego, dlatego główny bohater mówi o nim 'Wielki Gatsby'.

Klimatem „Płomienie” kojarzą mi się z „Zaginioną dziewczyną”, którą uważam za świetny film; choć ta pierwsza ekranizacja ma w sobie większy spokój, niepokój bohaterów nie jest tak wyraźnie wyrażony przez zewnętrzne czynniki.
Choć przez wcześniejszą lekturę wiedziałam od początku, o co w przedstawionej historii chodziło, 148 minut filmu obejrzałam z ciekawością i w skupieniu. Chciałabym się jeszcze odwołać do swojej wcześniejszej uwagi o wnioskach z porównania opowiadania z filmem. Kiedy wyszłam z kina dotarło do mnie, że Murakami w kilkunastu stronach „Spalonych stodół” był w stanie przekazać mi tak właściwie te same emocje, które wywołał u mnie dobry, bardzo długi film. Choć te dwa dzieła różnią się od siebie, możemy rozpocząć poznawanie ich zarówno od przeczytania opowiadania, jak i od obejrzenia filmu. W obu przypadkach nic nie stracimy. 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Zagubiony w Nowym Jorku - „The Catcher in the Rye”, J.D. Salinger. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
„Catcher in the Rye”, w Polsce występująca jako „Buszujący w zbożu”, to powieść wzbudzająca kontrowersje do tej pory, mimo że po raz pierwszy została wydana w 1915 roku. Przed jej przeczytaniem domyślałam się jedynie (błędnie) co w niej może wzbudzać w ludziach skrajne emocje. Oglądając film „Rozdział 27”, dotyczący zabójcy Johna Lennona, na którego „Buszujący w zbożu” miał ogromny wpływ, otrzymałam nietypową rekomendację - chciałam sprawdzić, co takiego obezwładniającego jest w tej powieści. Dzisiaj mam wrażenie, jakby wszystko, co mi się na jej temat wydawało, było omyłkowe.


 „I know that it sounds mean to say, but I don't mean it mean. I just mean that I used to think about old Spencer quite a lot, and if you thought about him too much, you wondered what the heck he was still living for. [...] That's what I mean. You take somebody old as hell, like old Spencer, and they can get a big bang out of buying a blanket.


 Fabuły w „The Catcher in The Rye” nie da się opisać tak jak w przypadku większości książek, określić jej. Zadaje się, że jest tu ona jedynie tłem dla myśli głównego bohatera, do tego stopnia, że czytelnik może odnosić wrażenie, jakby wcale nie szła ona na przód. Autor dał swojemu bohaterowi miejsce wydarzeń, czas i otaczających go ludzi, ale tak nastawił całą książkę na ważność narracji samej w sobie, że wszystko inne niknie.

Holden Caulfield to wyłamujący się ze swojego otoczenia nastolatek, z którym jednocześnie utożsamia się wielu czytelników. To typowy przypadek młodego zbuntowanego człowieka, który już nie pierwszy raz zostaje wyrzucony ze szkoły. Jednak przed powrotem do domu i zbliżającymi się świętami, zaczyna błądzić po mieście, dając Nam możliwość poznania siebie jako człowieka zagubionego i cierpiącego.

„"This is a people shooting hat," I said. "I shoot people in this hat."” 

Przez liczne sceny z życia chłopców z internatu, książka ma w sobie coś bardzo chłopięcego, tę prostą perspektywę postrzegania świata, zmąconą przez trudności wieku dojrzewania. Dodatkowo narracja Holdena jest pozbawiona literackiej poetyckości, bardziej przyjmuje ton konwersacji z czytelnikiem. Poza tym szesnastolatek ma skłonności do nazywania wszystkiego 'lousy' i 'phony', a co ciekawe, Salinger przyznaje, że w jakimś stopniu jest to powieść autobiograficzna: "My boyhood was very much the same as that of the boy in the book ... It was a great relief telling people about it."


Opowieść Holdena dotyczy więc przede wszystkim brutalności chłopięcego świata, dorastania, życia w Nowym Jorku. Mimo że Holden nie mówi wprost, co mogło przyczynić się do jego zachowania, nietrudno zauważyć, że wpływ na to miała strata bliskiej osoby połączona z negatywnym odbiorem świata. Motywami i tematem, do „The Catcher in the Rye” bardzo podobna jest „Norwegian Wood”, choć jednocześnie są to powieści kompletnie różne. Do mnie bardziej trafia książka Harukiego Murakamiego, ale klasykowi Salingera również nie można odebrać uroku.



„What really knocks me out is a book that, when you're all done reading it, you wish the author that wrote it was a terrific friend of yours and you could call him up on the phone whenever you felt like it. That doesn't happen much, though. I wouldn't mind calling this Isak Dinesen up. And Ring Lardner, except that D.B told me he's dead.”


Salinger, mogę do ciebie zadzwonić?




 Jerome David Salinger (ur.1919r., zm.2010r.) znany jest przede wszystkim z powieści „The Catcher in the Rye”, która po wydaniu w 1915 roku stała się natychmiastowym sukcesem. Służył w wojsku podczas II Wojny Światowej. Jego ostatnia praca wydana została w 1965 roku. Pisarz cenił swoją prywatność, i po „Buszującym w zbożu” starał się unikać rozgłosu.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miłość opisana przez łyżwiarkę chybotliwą - „Art and Soul”, Brittainy C. Cherry. Recenzja


Wątki związane z chorobami, związkami zaistniałymi w młodości, czy problemami w rodzinie i życiu młodego człowieka - one często pojawiają się w obyczajówkach, skierowanych do nastolatków. Można z nich stworzyć powieść poruszającą, można wnieść do tego gatunku coś świeżego. Ale można też być jak zacięta płyta, która tylko powtarza to, co już wcześniej usłyszeliśmy. I „Art and Soul” trochę w sobie z takiej płyty ma... Czy jednak należy tę książkę spisywać na straty?

,,A person who never truly lost themselves could never truly find themselves either.
Art was everything right and wrong in the world. It understood what words couldn't say."

„Art and Soul” to historia dwojga młodych, poznających się w wieku kilkunastu lat ludzi. Żeńska bohaterka ma problem, ponieważ przez podjęcie złej decyzji musi sama poradzić sobie z ciężarem życia kiełkującego w jej brzuchu i przyszłością z nim związanego. Bohater męski też ma problem, ponieważ jako siedemnastolatek musi zdecydować pomiędzy pozostaniem z jednym z dwojga rodziców, podczas kiedy obojga trawi choroba. Można się domyślić, że zamysł książki jest taki, że bohaterowie mają się wzajemnie ze swoich problemów uzdrowić. Co takiego jest z tą historią nie tak, jak być powinno?

Rozpoczęcie akcji książki młodzieżowej od momentu pójścia bohaterów do szkoły to bardzo szablonowe posunięcie. Do tego dochodzą zachowania społeczności szkolnej, które są najzwyczajniej stereotypowe, często nieuzasadnione.
Jeden z bohaterów, dopiero będąc w ostatniej klasie liceum, trafia do szkoły, wcześniej uczył się w domu. Oczywiście placówka edukacyjna okazuje się być takim piekłem, jak przedstawiały to filmy. Fragmenty tego dotyczące to jakby kalki z innej powieści tego samego gatunku, książki „Hopeless” autorstwa Colleen Hoover. Inne elementy, które 'już gdzieś widzieliśmy', to sposób na zapoznanie ze sobą głównych bohaterów - praca nad wspólnym projektem szkolnym. Wygląda to jak „Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven. Ta powieść wydana została jednak tylko kilka miesięcy wcześniej od recenzowanej, trudno tu więc mówić o możliwości inspirowania się.
Mimo to wyraźnie widać, że Brittainy C. Cherry po prostu nie jest oryginalną postacią na arenie gatunku Young Adult. Szczególnie jeśli spojrzymy na jej styl pisania, który idealnie wpisuje się we wzór stosowany przez, mam wrażenie, większość amerykańskiej piszącej populacji. Bo kiedy myślę o amerykańskiej romantycznej i obyczajowej literaturze współczesnej, wydaje mi się, że pisarzom odgórnie się mówi, aby napisali książkę taką, jak wszystkie inne.
Co to oznacza u tej konkretnej autorki? Między innymi bezustanne tworzenie wypowiedzi poprzez powtarzanie pierwszych słów zdania poprzedzającego:

„My anger with Mom. My anger with cancer. My anger with life.”

„Maybe this time would be different. Maybe this time, the medicine and treatment would work.”

„He tried to be good. He tried to protect the ones he loved.”

„We kissed with the fear. We kissed with the anger. We kissed with everything we had inside of us. And then we kissed some more.”


Choć rozumiem, jakie uczucia ma wywołać u odbiorcy takie układanie zdań, lekko to męczy przy spotykaniu tego na każdej stronie.

A teraz trochę z innej strony - lubię oglądać występy łyżwiarzy figurowych. Kiedy obserwuje się łyżwiarzy na Igryskach Olimpijskich, można zauważyć, że jazda pierwszej części uczestników sprawia wrażenie chybotliwej. Przy naprawdę dobrych występach zapominamy, że lód jest śliski, przy średnich - boimy się, że łyżwiarz za chwilę się przewróci. I ja czytając historię napisaną przez Brittainy C. Cherry przypomniałam sobie o tych chybotliwych łyżwiarzach figurowych - tak autorka radzi sobie z tworzeniem historii. Po lekturze zostaje smak odrealnienia w ustach, a przede wszystkim w czytających słowa oczach. Coś w „Art and Soul” jest naciągnięte, a to Coś dotyczy braku odniesień do spraw, z którymi borykają się codziennie ludzie, czy nielogicznych zachowaniań wielu bohaterów. Oczywiście w przykazaniach pisarza nie jest nigdzie zapisane, że każdy bohater musi być logicznie postępującą osobą, bo i w prawdziwym świecie mamy takich ludzi deficyt.
W przykazaniach pisarza jest za to zapisane, że jeśli ktoś zachowuje się nielogicznie, narrator lub bohater książki musi to zauważyć. A ja mam wrażenie, że nie widzi tego nawet autorka książki, i w tym cały szkopuł.

„Maybe it's okay to no longer be the person we thought we were meant to be. Maybe it's okay to just be who we are now and accept that.”

Ogólnie, w historii przez pisarkę wykreowanej, każda strona jest kumulacją wszystkiego, co najgorsze człowieka może w życiu spotkać, bo bez tego autorka by silniejszych emocji w czytelniku wywołać nie potrafiła.
Jednak w powieści Brittainy C. Cherry jest pewien element, który spodoba się prawdopodobnie wszystkim, którzy zdecydują się ją pprzeczytać. Jedną rzecz opisała ładnie i nienachalnie - miłość rodzącą się między bohaterami. Ich relacja płynie wolno, rozwija się z biegiem wydarzeń, i chociaż, jak w każdej powieści Young Adult, są tu żenujące wstawki o mięknących kolanach (bo oczy głównego bohatera są tak! piękne!), to całokształt tego wątku pozostawia ciepło w sercu.

Ważnym elementem książki miała być sztuka, ale, czemu mnie to nie dziwi, Coś nie wyszło. Po przeczytaniu 20 stron „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego dowiedziałam się o sztuce więcej, niż z całej „Art and Soul”.
W dodatku męski bohater podobno kocha słowa, w wielu miejscach nam o tym się przypomina, tylko że ten chłopak używa tak prostego języka, że z jego codziennej lektury słownika ewidentnie nic nie wynika. Zatrważające było to, że główni bohaterowie, których pasje są jednoznacznie związane z kulturą, nie wiedzieli, kim był Marek Aureliusz.
Uczcijmy Wiedzę Powszechną minutą ciszy.




Miłe było jednak obserwowanie, jaki sztuka miała wpływ na proces dorastania obojga bohaterów.

Wiele złego można o tej książce powiedzieć, jednak kiedy po nią sięgnęłam, miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, i powieść Cherry była dokładnie tym, czego się spodziewałam. Niedociągnięcia są jednak w moich oczach nie do odpuszczenia.
Nie porównuję jej do innej książki pisarki, „Kochając pana Danielsa”, ponieważ zbyt wiele czasu minęło pomiędzy przeczytaniem jednej a drugiej powieści, i moje wrażenia są zatarte. Wiem natomiast, że „Kochając pana Danielsa” wplotło chociaż Shakespeare'a do bibliotek bohaterów, a tutaj - tylko ten nieszczęsny Marek Aureliusz.
Jeśli kochacie opowieści z tego gatunku, szukacie książki, która otuli Was ciepłem, pewnie będziecie zadowoleni. Ja jednak nie widzę powodu, żeby otaczać się takimi powieściami, kiedy możemy sięgnąć po coś, co będzie chociaż dopracowane.
Jako czytelnicy - nie pozwólmy, aby książki, którym brakuje sensu, stały się literackim standardem.
  


Brittainy C. Cherry to amerykańska pisarka. Jej pierwsza książka to „The space in between”, wydana w 2013 roku. Bardzo ciepła postać - na mnie sprawia wrażenie osoby, której nie da się nie polubić.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

W krainie Snu i Koszmaru - ,,Sandman. Preludia i Nokturny", Neil Gaiman. Recenzja

,,W powietrzu unosiła się woń magii, niczym elektryzujący zapach ozonu po burzy."
Nie możecie czasem zasnąć, korzystacie z środków nasennych, liczycie owce? Jeśli ktoś ma takie problemy, zgania je pewnie na stres w pracy, albo w jego myślach obrywają hałaśliwi sąsiedzi. Zgaduję, że nikt podczas bezsennej nocy nie mówi sobie: "być może stało się coś niepokojącego w Królestwie Snu. Być może to zaburzenia w jego harmonii nie pozwalają mi spać"...

Nie martwcie się, taka możliwość nie przyszła do głowy nawet śmiertelnikom z pierwszego tomu ,,Sandmana", którzy rzeczywiście nie mogli spać właśnie przez problemy, w jakie wpadał sam Król Snów.
,,Sandman. Preludia i Nokturny" to historia, w której jest on głównym bohaterem. Potyczki Sandmana w tej komiksowej odsłonie jego dziejów zaczynają się, gdy zostaje on pomylony ze Śmiercią. Wtedy Król Snów, ukształtowany na poczciwą istotę, podobną wyglądem do samego Neila Gaimana (choć autor twierdzi, że ta postać tylko garderobę ma do niego podobną), zaczyna długą podróż w celu odzyskania dawnej, utraconej przez egoistów światłości... A podczas niej czytelnik zetknie się z przerażającymi istotami i odwiedzi miejsca godne horroru. Na tle tej wędrówki autor rozpatruje pytanie: Co się stanie, kiedy moce nie z tego świata trafią w ręce ziemskich szaleńców?

"Mr. Sandman, bring me a dream,
Make him the cuttest, that I've ever seen...."

Znacie tę piosenkę? To "Mr. Sandman", utwór pojawiający się w komiksie, wśród kilku innych hitów, w których śpiewano o śnie. Mnie kojarzy się on z filmem "Mr.Nobody", na którego soundtrack się składa, a którego oglądanie zawsze wzbogaca mnie o jakieś myśli, dlatego od kiedy zobaczyłam ten utwór w książce, nie wychodzi mi on z głowy. ,,Sandman" ma też kilka innych ciekawych nawiązań do kultury, nie rzucają one jednak długiego cienia na fabułę, ich znajomość nie jest nam konieczna do jej zrozumienia.

Lekko i przyjemnie czyta się ten komiks Gaimana z czasów, kiedy Gaiman komiksy dopiero zaczynał tworzyć, a jednocześnie jest tu ten specyficzny pierwiastek fantastyczny, który towarzyszy jego powieściom. Jeśli jednak o samą grozę w komisie chodzi, nie jest ona szczególnie ... groźna. Mamy tu wiele elementów, które straszą, są z pogranicza mroku i psychozy, ale nie są one wystarczająco pogłębione, aby naprawdę kogoś móc wystraszyć. W tym świecie fantazji zostajemy więc z samą otoczką grozy, mnie to jednak odpowiada i chciałabym poznać dalsze losy Sandmana.

Niech podsumowaniem będą słowa scenarzysty komiksu: ,,Zamierzałem opowiadać historie, w których można by spodziewać się wszystkiego: od rzeczywistości po czysty surrealizm, od świata zwyczajnego po szalone fantazje. [...] Preludia i nokturny. Odrobina muzyki nocy - ode mnie dla was. Słodkich snów." 



Neil Gaiman to brytyjski pisarz (co rzuci Wam się w uszy, jeśli zechcecie kiedyś posłuchać któregoś z czytanych przez niego audiobooków), tworzący powieści dla dzieci i dorosłych, komiksy i opowiadania. Niektóre z nich zostały zekranizowane, na przykład strasząca młodszych "Koralina". Jest laureatem wielu wielu nagród, również World Fantasy Award - Gaiman był pierwszym, który otrzymał ją za komiks. Zawsze ubrany na czarno miłośnik kotów, który w polskiej literaturze najbardziej ceni ,,Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego.

 Rysownicy i ilustratorzy komiksu: Sam Keith, Michael Dringenberg, Malcolm Jones III, Dave McKean, Daniel Vozzo



Jeszcze jedna kwestia. Czy Wasze koty też mają jakiś ulubionych autorów do spania? Matrix już drugi raz widzę położoną na książce Gaimana, a inne ją pod tym względem nigdy nie interesowały. Może właśnie przez to, że ten konkretny pisarz też ma koty? Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź, Matrix ma dobry gust.


poniedziałek, 9 lipca 2018

Japońska dojrzałość lat sześćdziesiątych - ,,Norwegian Wood", Haruki Murakami. Recenzja


 I once had a girl
Or should I say, she once had me?
She showed me her room
"Isn't it good, Norwegian wood?"

Tymi słowami rozpoczyna się piosenka Beatelsów, której tytułem Murakami nazwał swoją powieść o dojrzewaniu, skupiającą się na młodym Watanabem i jego znajomych o specyficznych charakterach.

Autor jednak nie tylko tytułem nawiązał do muzyki, ponieważ cała książka jest nią przepełniona. Kiedy Murakami był młody, pracował w sklepie muzycznym - w takim samym miejscu obsadził Watabanego, który poznaje muzykę lat sześćdziesiątych dzięki pracy, a także wielu wyjściom do jazzowych klubów. Na kartach tej powieści mamy również historię niedoszłej pianistki Reiko (,,Jestem pożałowania godnym niewolnikiem muzyki."), która dla uciechy własnej i znajomych gra na gitarze kolejne znane utwory, w tym tytułowe Norwegian Wood. Przekrój piosenek jest bardzo szeroki, od grających psychodelicznego rocka The Doors, po klasycznego Brahmsa.

„Norwegian Wood" to taka książka, przy której człowiek czasem płacze w środku nocy, a czasem śmieje się na głos. Czasem płacze, bo to powieść wypełniona bohaterami smutnymi, zmagającymi się z lękami, wywołująca w nas głęboki niepokój. Rzeczywistość bardzo skomplikowanych relacji, radzenie sobie z chorobami psychicznymi, życie z przedwczesną śmiercią bliskich, talenty zmarnowane przez błędy wychowania i kłamstwa. To powieść, w której Murkami odchodzi od typowego dla siebie realizmu magicznego, aby sprawdzić się w sentymentalizmie; ten eksperyment zdecydowanie się autorowi udał.

,,Uścisnęliśmy sobie dłonie i rozstaliśmy się. On ruszył zdobywać świat, a ja wróciłem do swego bagna."
,,Tylko zmarli mają siedemnaście lat."


Ważną rolę odgrywają tutaj świetne kreacje bohaterów; co drugi to charyzmatyczniejszy. Kiedy wydaje się nam, że najspecyficzniejszą postacią jest ambitny Nagasawa, ścigający się sam ze sobą człowiek niepowszechnych opinii, wtedy przychodzi Midori, która swoją otwartością i swobodą w opowiadaniu seksualnych fantazji zwala nas z nóg. Obok nich mamy też ważną dla Watabanego, przepełnioną cierpieniem Naoko, czy współlokatora Komadosa, o którym można opowiadać anegdoty na spotkaniach towarzyskich. Na Watbanego prawdopodobnie przechodzi poczucie humoru Midori... A wtedy opowiada historię takie, jak ta:

 ,,Idziesz sobie sama wiosną po łące, a z naprzeciwka nadbiega śliczny niedźwiadek o aksamitnym futerku i błyszczących oczkach. I mówi: - Dzień dobry, panienko. Może się razem poturlamy? I objęci spędzacie wesoło cały dzień, turlając się po porośniętych koniczyną górkach. To byłoby miłe, prawda?"

Podobało mi się również nawiązanie do powieści Tomasza Manna. „Czarodziejska góra" mówi o człowieku odwiedzającym swojego kuzyna, przebywającego w sanatorium w górach, i kiedy podobny motyw pojawia się w „Norwegian Wood", Watanabe czyta właśnie tę książkę. Bardzo możliwe, że jest tu więcej takich nawiązań, czy to do innej literatury, czy do słuchanych przez bohaterów utworów. Ale to mógłby już zauważyć jedynie ktoś bardzo dobrze znający wszelkie dziedzictwo kulturowe. 


,,- Jestem zwyczajny. Urodziłem się w zwyczajnej rodzinie, zwyczajnie dorosłem, mam zwyczajną twarz, zwyczajne stopnie, myślę o zwyczajnych rzeczach. 
- Czy to nie twój ulubiony Scott Fitzgerald pisał, że nie powinno się ufać nikomu, kto mówi, że jest zwyczajnym człowiekiem?"

Na podstawie „Norwegian Wood" nakręcono w Japonii film, jest to również książka, dzięki której ze zwykłego pisarza, Murakami stał się autorem szeroko znanym i lubianym w świecie; jak się podejrzewa właśnie przez to, jak różna jest ta powieść od pozostałych. Często pyta się Murakamiego, czy jest to książka autobiograficzna, ze względu na jego podobieństwa z Watanabem. Jedną z jego odpowiedzi jest: „Gdybym napisał autobiografię, nie liczyłaby ona więcej niż piętnaście stron."




  Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Australijskie trupy w birmańskiej dżungli - ,,Ścieżki Północy", Richard Flanagan. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek


Historia jest ważna. Właśnie dlatego nie odłożyłam nazwanych po tomiku poezji Bashō ,,Ścieżek Północy" na półkę, kiedy po raz kolejny robiło mi się słabo. To opisane w powieści sceny z życia jeńców wojennych robiły na mnie takie wrażenie. Jednak kim bym była, wiedząc, że życie Australijczyków zagarniętych do budowy Kolei Birmańskiej wyglądało jak piekło, a ja nie byłabym o tym nawet w stanie czytać?

Rok 1942. Wtedy na zlecenie Japonii zaczyna się mordercza praca przy tak zwanej Kolei Śmierci, przy której zginęło około 120. tys. ludzi. Jak sam autor powiedział, "More people died, than there are words in my book". Bohaterowie ,,Ścieżek Północy" albo wliczają się do tej sumy, albo stają się nieszczęśliwcami, dla których do końca życia czas spędzony w obozie będzie wyznacznikiem wszystkiego.

,,Synowie coraz częściej korygowali jego wspomnienia. A co oni, do cholery, wiedzą na ten temat? Najwyraźniej wiedzieli o wiele więcej niż on. Historycy, dziennikarze, realizatorzy filmów dokumentalnych, a nawet jego rodzina, niech ją cholera weźmie, wytykała mu pomyłki, niekonsekwencje, lapsusy i zwykłe sprzeczności w jego różniących się od siebie relacjach. A kim on niby miał być? Encyklopedią Britannicą, do cholery? Wziął udział w tej wojnie. To wszystko."

 Richard Flanagan daje czytelnikowi powieść skłaniającą do myślenia, nieoczywistą. Żadnej kwestii nie pozostawia obojętnej lub jednoznacznej, dlatego istotne dla tej książki są też losy Japończyków i Koreańczyków utrzymujących rygor w obozie. Mamy tu nie tylko opisy ich okrucieństwa, ale również drogę, jaką ci ludzie pokonali przed i po Kolei Śmierci, przez które jeszcze raz musimy przemyśleć naszą rzeczywistość. To, jakiej prawdzie na pewno chcemy zaufać. Bo czy jeśli człowiek zostanie nauczony odnajdywać wolność tylko w okrucieństwie, zasługuje on na absolutne potępienie za popełnione zbrodnie?

,,Prywatnie zadawali sobie jedno pytanie - jeżeli oni sami i ich działania byli po prostu wyrazem woli cesarza, to dlaczego cesarz pozostaje na wolności? Dlaczego Amerykanie popierają cesarza, a wieszają ich, którzy byli tylko narzędziem w jego ręku?"

 ,,Ścieżki Północy" to dla mnie przede wszystkim prawda historyczna, plastyczne opisy życia w obozie jenieckim, których po prostu nie da się nie czytać - z szacunku do poległych. Książka omawia też wszystkie uczucia i przekonania z wojną i śmiercią związane, ale jak na dobrą powieść przystało, skupia w sobie wiele wątków.

Historia lekarza Dorriga Evansa to, można powiedzieć, oś tej powieści, ponieważ towarzyszymy temu bohaterowi całe jego życie. Za jego pośrednictwem poznajemy miłość, którą zależnie od sytuacji zawsze odczuwa się inaczej. Jest to miłość różna, do ukochanej osoby, której obraz trzyma nas przy życiu w najgorszych chwilach, miłość do żony, do dzieci, do kochanek.

 ,,Zabrakło ostatniej stronicy. Książka jego życia po prostu się urwała. Pod nim było tylko błoto, a nad nim ohydne niebo. Zabraknie mu spokoju i nadziei. Ta historia miłosna będzie trwać już zawsze, całą wieczność, aż do końca świata.
Będzie żył w piekle, bo miłość także jest piekłem. "

Powieść Richarda Flanagana to najlepsze, co dotychczas przeczytałam w tym roku. Podobała mi się ze względu na rzadko omawianą kwestię, bo motywy II wojny światowej w literaturze to najczęściej skupienie na Żydach i Hitlerze, ze względu na styl i tyle myśli, zmieszczonych na niecałych pięciuset stronach. To mocna książka, która wymaga dojrzałości, ale zapadająca w pamięć jak mało która.




Richard Flanagan to australijski pisarz z Tasmanii; za ,,Ścieżki Północy", napisane w hołdzie ojcu, który sam był jeńcem przy budowie Kolei Śmierci, w 2014 roku dostał prestiżową nagrodę Bookera. Ostateczny rękopis powieści oddał w dniu śmierci ojca - chciał skończyć książkę przed jego śmiercią, i udało mu się to po dwunastu latach pracy. Życiorys pisarza okazał się na tyle ciekawy, że w 2015 roku przekuto go w film o tytule Life after Death. Obecnie Flanagan mieszka na Tasmanii w Hobart, z żoną i trzema córkami.