Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2019

Relacja pełna pasji... i nieporozumień - „Kusząca Pomyłka”, Vi Keeland. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Vi Keeland jest znaną amerykańską pisarką, a fani autorki z entuzjazmem przyjmują wiadomości o jej kolejnych powieściach. Niedawno na język polski została przetłumaczona „Beautiful Mistake”, która już 18 września będzie miała swoją premierę pod tytułem „Kusząca Pomyłka”. Powinniśmy się na nią skusić widząc ją w księgarni, czy raczej lepiej przez pomyłkę nie uznać jej za wartą przeczytania?

Głównymi bohaterami są Rachel i Caine i to właśnie oni na zmianę odgrywają role narratorów w tej książce. Ich znajomość rozpoczyna tytułowa pomyłka - Caine widzi w obcej dziewczynie znajomą, a ona zakłada, że mężczyzna jest byłym jej przyjaciółki. Dlatego relacja tych dwojga zaczyna się od wyzwisk i nieporozumień, które zresztą obecne w niej będą jeszcze przez długie tygodnie. Bo ciepłe uczucia do kogoś to nie wszystko, gdy ludzi łączy relacja profesor-asystent, gdy jedna ze stron nie chce się zaangażować, a do drugiej próbuje wrócić człowiek, który kiedyś był jej drogi.
Sprawy oczywiście nie ułatwia też pracujący z Rachel w barze gliniarz, który pragnie czuwać nad jej szczęściem i odpychać od niej każdego mężczyznę, który mógłby ją skrzywdzić... Żartuję, Charlie nie jest zbyt groźną postacią, za to z pewnością bardzo sympatyczną.

Czasem spotykamy odpowiednią osobę, ale niesprzyjające okoliczności nas od niej odpychają - „Kusząca Pomyłka” przedstawia właśnie taką historię. Czy to w ogóle możliwe, żeby ta burzliwa, namiętna relacja dobrze się skończyła? A co jeśli dołożymy do tego fakt, że fabuła tej powieści nie porusza się jedynie w kierunku przyszłości, ale sięga też do bolesnej przeszłości bohaterów?

Okładka nie kłamie - powieść jest bardzo wciągająca, w dodatku właściwie bez żadnych mankamentów. Styl Vi Keeland jest lekki, autorka nie zajmuje czytelnika niczym, co zbędne; dużo tu akcji i dialogów, do tego dochodzi niespodzianka, której się nie spodziewałam. Klimatem książka przypomniała mi o dwóch przeczytanych dawno powieściach Mii Sheridan -  wydarzenia pełne emocji i z pozoru lekka fabuła, która jednak skrywa coś mrocznego pod powierzchnią.
Podobało mi się zachowanie bohaterów, o co czasem trudno w powieściach z tego gatunku. Ich relacja nie opierała się jedynie na pięknym wyglądzie obojga, ale przede wszystkim na spędzonym razem czasie i dzieleniu się ze sobą uczuciami.

Mimo pozytywów, odnoszę również wrażenie, że „Kusząca Pomyłka” jest... Dobrym produktem. Takim dopracowanym, mającym nas cieszyć, o znanych schematach. Tak jakby autorka porządnie wyuczyła się instrukcji „jak dobrze napisać historię” i na tej bazie tworzyła wciągające książki. Nie wydaje się to być niczym  złym , ale... Dla kogoś, kto przywykł do odważnych pisarzy, którzy próbują swoich sił w ciężkich formach, rzucają sobie wyzwania, z których czasem wychodzą zwycięsko, a czasem pisząc słabą książkę, Vi Keeland idzie na łatwiznę. Nie jest to jednak wada powieści, jedynie moje spostrzeżenie. Myślę poza tym, że żeby pisać z taką lekkością trzeba mieć wiele talentu, nie tylko odpowiednie wskazówki.

Czas spędzony z „Kuszącą Pomyłką” był udany, radosny, a z pewnością nie wkradła się w niego żadna nuda. Prawie wcale nie czytam romansów, jest to dla mnie raczej gatunek, z którym się stykam w ramach eksperymentu. Potrafi nas z łatwością przenieść w nowy świat, tym samym dystanując nas od codzienności, często można się przy nim pośmiać...
Jeżeli Wam tego brakuje, możecie sięgnąć po książkę Vi Keeland.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.



Vi Keeland to pisarka bestsellerów. Jej książki są obecnie tłumaczone na dwadzieścia sześć języków. Kocha podróże, a jej ulubionym miejscem jest greckie Santorini. Będąc w szkole nienawidziła przyrody, a poślubiła nauczyciela tego przedmiotu. Mieszka w Nowym Jorku z mężem i trójką dzieci.


tłumaczenie: Sylwia Chojnacka, liczba stron: 370, wersja angielska pierwszy raz wydana w 2017 roku

poniedziałek, 2 września 2019

W cieniu własnych emocji - „Ja, borderline i terapia”, Agnieszka Rosińska. Recenzja

za zamkniętymi okładkami

Choroby psychiczne to temat, który stosunkowo często pojawia się w powieściach i w kinie fabularnym. Bo jeśli wykorzystany zostaje taki motyw, możemy liczyć na nieszablonowych bohaterów - w końcu chora osoba odbiera świat inaczej niż inni. Najczęściej jednak takie postacie są fikcyjne. Dlatego to wyjątkowe, kiedy człowiek, o którego zmaganiach z chorobą czytamy, jest prawdziwy. Tak jest w przypadku niewydanej jeszcze książki „Ja, borderline i terapia”.

„Odkąd pamiętam, zawsze darzyłam się nienawiścią, zawsze zachowywałam się w ten sposób. To był mój sposób na życie.”

Poznajcie Rudą. Miała ciężko w życiu, jak zresztą wielu z nas... Tylko że na każdego różne wydarzenia oddziaływają z różną siłą. A kiedy w życiu dzieje się coś naprawdę niepokojącego, a wsparcie od najbliższych nie nadchodzi, zaczynamy poważnie cierpieć. W człowieku przez lata coś pęka, psuje się; nierozwiązane konflikty z przeszłości wcale nie znikają, a jedynie głęboko się w nas chowają. Psychika się zmienia, co potrafi być dla nas szczególnie wyniszczające, jeśli nie jesteśmy w stanie na te zmiany spojrzeć z dystansem. Wtedy nie widzimy przyczyn destrukcyjnych zachowań, a jedynie same ich katastrofalne skutki - zniszczenia w obrębie naszych relacji, stosunków w pracy. Całą winę za wszystko, co złe, bierzemy na siebie. Życie nie jest już miłym doświadczeniem, stajemy się podwładnymi naszych poplątanych emocji. A ponieważ niczyje życie nie powinno tak wyglądać... Trzeba szukać pomocy. Na przykład u terapeuty.

Dużą część tej książki stanowią właśnie opisy terapii. Zdiagnozowanej z zaburzeniami borderline i depresją kobiecie nie od razu udaje się trafić na właściwą osobę - z początku musi zmieniać terapeutów, aż natrafia na Dagmarę. To jednak dopiero początek.
Jako osobie z borderline, autorce trudno jest zbudować relacje z terapeutką; kiedy zaczynają być zbyt bliskie, chora kobieta pragnie się wycofać. Przeciwna terapii rodzina również się od niej odwraca. Każdy przecież sam powinien wziąć się w garść i radzić z własnymi problemami...
Czy Agnieszka zawalczy o siebie i wytrzyma do końca terapii?

„Chodzi o to, żeby zrezygnować z takiego oczekiwania, że inni będą mnie wspierać. No bo nie będą.”

Myślę, że książka „Ja, borderline i terapia” jest odpowiednią lekturą dla wielu osób. Zarówno dla borykających się z różnymi zaburzeniami, jak i dla chcących się dowiedzieć więcej o schematach rządzących naszym myśleniem.
Przyznam szczerze, byłam bardzo zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że osoba, która w oczywisty sposób sobie nie radzi z trudnymi przeżyciami i emocjami, jest zniechęcana przez najbliższych do podjęcia leczenia. Tyle się mówi o tym, aby nie lekceważyć chorób psychicznych, a jednak historia opisana w tej książce jest dowodem na to, że w Polsce czeka nas jeszcze długa droga, aby niektórzy ludzie uświadomili sobie, że trzeba mieć do tej kwestii poważne podejście.
Ale paradoksalnie to, że terapia autorki spotkała się z takim negatywnym odbiorem, dodaje książce wartości. Bo przekazuje innym leczącym się informację, że jeżeli sami mają taki problem, nie są jedynymi, których to spotyka. Nie zawsze możemy liczyć na wsparcie innych. Sami musimy być sobie podporą w działaniu.

Sam tekst jest napisany w formie dziennika. To przyjemna dla czytelnika, lekka forma, z równie lekkim stylem pisania autorki. Jednak trochę jest w tej książce zamieszania, nie mamy podanych dat czy innych wyznaczników czasu. Nie wiemy przez to między innymi, ile tak naprawdę trwała terapia.
„Ja, borderline i terapia” bardziej niż na wydarzeniach z życia autorki skupia się na jej emocjach, tych towarzyszących podczas jej leczenia, jak i w życiu codziennym. Ten fakt sam w sobie nie jest zły, ale w pewnych fragmentach książki proporcje emocje-życie zostają według mnie znacznie zachwiane. Ciężko się skupić na historii, kiedy ciągle czytamy o emocjach, a prawie wcale nie dowiadujemy się, czym zostały wywołane.

W trakcie czytania poznajemy trudności życia z osobowością z pogranicza z pierwszej ręki. Szczerą historię o drodze do zdrowia, która nie jest prosta - bo kiedy Ruda robi krok do przodu, borderline zaraz każe jej zrobić krok w tył. Jednak czasem nie o to w całym leczeniu chodzi, aby choroba zniknęła, ale aby nauczyć się z nią żyć.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.


Agnieszka Rosińska to osoba pasjonująca się psychologią, chętnie niosąca pomoc innym. Rolę takiej pomocy ma również spełniać napisana przez nią książka, opowiadająca o jej własnych zmaganiach z chorobą. Zodiakalny baran. Niepoprawna marzycielka.  Lubiąca wyzwania i adrenalinę typowa borderka. Matka i żona.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Na ile sposobów można skrzywdzić człowieka? - „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, Haruki Murakami. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
Tytuł „Na południe od granicy, na zachód od słońca” nawiązuje do pewnej piosenki i choroby mężczyzn mieszkających na Syberii. Sama historia w niej ukazana dotyczy natomiast Hajime, którego imię oznacza „Początek”. I być może to sprawiło, że życie Japończyka prześladowały momenty, w których stwierdzał, że trzeba porzucić przeszłość i zaczynać wszystko od początku.

Nietypowe imię bohatera może poza tym podkreślać jego wyobcowanie. Ale bycie innym od reszty nigdy nie jest aż takie straszne, kiedy mamy obok siebie tę jedną osobę, która też wyróżnia się z tłumu. Dlatego dorastający Hajime znalazł sobie kulawą przyjaciółkę, niemogącą robić tego, co inne dzieci. Shimamoto spędzała z nim czas, wprowadziła w świat muzyki, ale przede wszystkim... przez lata nie dawała o sobie zapomnieć.

Czym jest cierpienie? Melancholią, tęsknotą, pustką, samotnością... Hajime próbuje zbudować sobie dobre życie, ale te uczucia wciąż mu towarzyszą. Dają się łatwo zagłuszyć, a ich moc słabnie, kiedy mężczyzna poznaje kolejne kobiety i odnosi sukcesy. Jednak w którejś chwili cierpienie zawsze wypływa na powierzchnię. A wtedy nie jest ważne, czy życie z wierzchu wygląda na kiepskie, czy udane. Wtedy wszystko się skomplikuje. I pewnie znowu będzie trzeba zaczynać od początku.
Jednocześnie ciągle nam w tej historii towarzyszy wrażenie, że gdyby nie jeden błąd, tego ciągłego uciekania by w ogóle nie było.

Główny bohater cierpi, choć nie jest typową ofiarą losu zasługującą na nasze współczucie; takie uczucie wywołują w nas raczej krzywdzeni przez Hajime ludzie. Mężczyzna nie kieruje się bowiem dobrem bliskich, a własnymi impulsami, przez co rani innych, a przy okazji i siebie.
Mimo to nietrudno jest nam siebie w Hajime dopatrzeć. Bo kto z nas nie tęsknił za dawną znajomością, która się urwała? Kto nie żałował... Pustki w czasie i pustki w sercu? Niezależnie od okoliczności rozstania, jeżeli tylko ktoś nie zastąpi nam miejsca osoby, która dawniej była blisko nas, zawsze będziemy za nią tęsknili. Tym większy ból, im ważniejszy był dla nas utracony człowiek. A dla Hajime Shimamoto była jedyną osobą, która kiedykolwiek go naprawę rozumiała.

Dla Murakamiego ważna jest kwestia czasu. Jest on dla niego zagadką, którą często próbuje w swoich powieściach rozwiązać. Miałam z tym do czynienia na przykład w „Śmierci Komandora, kiedy to pojęcie się w pewien sposób zniekształcało, było płynne. Za to w „Na południe...” czas przypomina bohatera, który pojawia się przy każdej nieszczęśliwej sytuacji. Murakami idzie w stronę typowego „Chwytaj chwile, doceniaj ludzi, bo potem będzie za późno”, ale robi to w specyficzny sposób. Przedstawia raczej sytuacje, w których z niepokojem dostrzegamy, że na pewne rzeczy już nie wróci czas i nie jest to od nas zależne. Już miały w nim miejsce inne wydarzenia - i nic tego nie zmieni. Ta świadomość pozostawia chłód w sercach bohaterów, rani ich jak mroźne igiełki. Bo „Ten czas istniał tylko wtedy, tylko tam”.

W powieści podobał mi się również temat pracy i pieniędzy, przy okazji którego wytknięte zostaje, że sama ciężka praca rzadko wynagradza nas wielkim majątkiem. Do tego potrzeba szczęścia, ale najczęściej po prostu oszustwa, przekrętu. Nie jest to najważniejsza kwestia w powieści, ale jednak rzuciła mi się w oczy. Była jednym z wielu elementów, przez które Hajime czuł, że rzeczywistość, w której żyje, pełna jest obłudy.

Być może nie przeczytacie tej książki, albo też będziecie mieli po niej zupełnie inne myśli, niż ja, dlatego ja Wam to powiem - coś z tej powieści bardzo istotnego. Pamiętajcie: udane życie nie jest synonimem szczęścia.


Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.

tytuł oryginału: Kokkyo-no minami, taiyo-no nishi, tłumaczenie z angielskiego: Aldona Możdżyńska, pierwsze wydanie (japońskie): 1992, liczba stron: 231

poniedziałek, 20 maja 2019

Wyczaruj mi zbrodnię - „Czarownice z Salem Falls”, Jodi Picoult. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek
Picoult, czyli pisarka, której kilka lat temu poświęciłam sporo czasu. Fabuły jej książek, a w nich problemy bohaterów, które wiązały się z sądami, były dla mnie i dla mojej koleżanki czymś świeżym, po co zawsze sięgałyśmy z przyjemnością.
Chciałam przekonać się, czy powieści Jodi Picoult dalej są dla mnie jak magia, więc sięgnęłam po nic innego, jak po ”Czarownice z Salem Falls”.

„Podwodny świat kusił swoją metamorficzną niezwykłością: człowiek poruszał się w nim powoli, bardzo powoli i nabierał nadziei, że może dzięki temu nigdy nie będzie musiał wydorośleć."

W kowenie z Salem Falls niewątpliwie są dziewczyny o czarującej urodzie. Jak u nich z rzucaniem zaklęć, mnie - nie-czarownicy - ciężko stwierdzić, ale jakoś wiążą koniec z końcem. Dzięki czarom są w stanie się zemścić, a skrywana tajemnica powoduje u nich poczucie wyższości nad lokalną społecznością. Ta nastoletnia chęć bycia innym od wszystkich wymyka się jednak spod kontroli, kiedy dziewczyny obchodzą w lesie święto czarownic...
Poza przedstawieniem nam tytułowych bohaterek, Picoult przybliża nam również postać Jacka, który z początkowej perspektywy mieszkańców Salem Falls wziął się znikąd. My jednak wiemy, że wziął się z więzienia, a i miejscowi też się niedługo o tym dowiedzą. A dla człowieka skazanego za gwałt na nieletniej nie przewidzieli miejsca w swojej małej, spokojnej społeczności.

„Na północy żyje eskimoski lud Inuitów. Według ich wierzeń gwiazdy są tak naprawdę dziurami w niebie, a ich blask to znak, że ci, których kochaliśmy, są szczęśliwi w zaświatach.”


Historia z „Czarownic...” łączy w sobie wiele ludzkich żyć. Każde z nich nosi na sobie zadrapania, ale nie każde miało związek ze zbrodnią. Ale w Salem Falls największy problem polega na tym, że wymiarowi sprawiedliwości trudno jest patrzeć sprawiedliwie. Wszystko na sali rozpraw wydaje się być zmyślone, ława przysięgłych zdaje się więc bardziej ufać dawnym wyrokom niż sobie.

Pisarka jak zwykle przedstawia ważne kwestie z sobie tylko znaną lekkością i zrozumieniem. W tej powieści najważniejsze punkty stanowią podejście sądów i społeczeństwa do gwałtów i nietolerancja w stosunku do byłych więźniów. Picoult nigdy nie stawia tylko na jedną perspektywę, ale pokazuje, że żadna sprawa nie jest czarno-biała, bo każda historia nosi w sobie czyjąś tragedię. Być może wiąże się ona z relacjami w rodzinie, może z miłością, ze zbrodnią. Żadne rozwiązanie, nawet wydane przez najsprawiedliwszy sąd, nie sprawi, że każdy z ludzi biorących udział w rozprawie poczuje się sprawiedliwie osądzony.

„Byli więźniowie też muszą gdzieś mieszkać. Nie można ich zaganiać w stada i zmykać w rezerwatach.”

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, autorka wielu bestsellerowych powieści, mama trójki dzieci mieszkająca w New Hampishire. W swoich książkach najczęściej podejmuje tematy związane ze sprawiedliwością. Pięć jej powieści doczekało się ekranizacji, w tym głośne „Bez mojej zgody”. Czasami korzysta z postaci wykreowanego przez siebie bohatera w kilku książkach.

czwartek, 16 maja 2019

Myśli po „Gorzkich Godach” Romana Polańskiego

Często wydaje mi się, że ci, którzy nie mają absolutnej pewności, o czym mówią, kiedy mówią o kulturze, powinni milczeć. Fenomen tej myśli polega na tym, że jedynie w stosunku do siebie jestem taka surowa. Z tej surowości wywodziło się trwające we mnie wiele lat przeświadczenie, że pewnie nie powinnam pisać o książkach.
Tylko że do każdego z nas przychodzi kiedyś długo wyczekiwane dzieło wielkie. Kiedy do czynienia mamy z dziełami wielkimi, rozpiera nas ochota, żeby o nich mówić. Mówić przy herbacie, mówić w szkole, przemawiać ładnie, żartować, wyrażać poglądy, które zrodziły się w trakcie obcowania z tymi pracami. Nie da się milczeć o czymś, co wlało w nas właściwą tylko sobie wrażliwość, która następnie nas rozpiera.
Podobny obraz
żródło: Film - The AV Club

Może ktoś jeszcze pamięta początki tej strony i pierwszy post - recenzję „Ścieżek Północy”. Może ten ktoś jest nieświadomy, że właśnie przez tę powieść założyłam bloga. Bo książka Richarda Flanagana nie dawała się wyciszyć, wyłączyć, uspokoić, przestać pulsować. Nie dawała spokoju. Nie daje mi go nic, co robi na mnie wielkie wrażenie i przekazuje morze myśli.
Jedynie pozostawia po sobie słodko-gorzki smak, wspomnienie rozkoszy i świadomość, że w najbliższym czasie nie spotka mnie już nic tak dobrego.

Nie obejrzałam wszystkich ważnych i tych mniej ważnych filmów - stąd wywodzą się moje rozterki. Być może ja jestem taka rozterkowa, a może te uczucia to symptom choroby współczesnego świata. Może Wam również jest niespokojnie z myślą, że w tylu miejscach jeszcze nie byliście, i że tyle rzeczy wciąż czeka za rogiem, abyście ich doświadczyli. Skoro tyle się jeszcze nie przydarzyło, to co możecie wiedzieć o życiu?

Ale w niektórych chwilach mam strażnika od takich rozterek, który zamiast broni ma myśl o ładnym brzmieniu: Wypowiedź na temat filmu kogoś, do kogo głęboko on przemówił, wydaje się być istotniejsza od głosu krytyka z prawdziwego zdarzenia. W dodatku wypowiadając głośno przemyślenia na temat sztuki, w większym stopniu stajemy się jej uczestnikami, sztuka przygarnia nas do siebie i z czasem pozwala się opisywać coraz to bardziej trafnymi określeniami. Bez działania nie ma możliwości wygranej, a bez pisania o sztuce nie można mieć perspektyw na umiejętne wypowiadanie się o niej w przyszłości. 

Podobny obraz
źródło: imdb.com

„Gorzkie Gody”, stworzone na podstawie powieści francuskiego pisarza Pascala Brucknera, utkane są przede wszystkim z silnych emocji, jakie towarzyszą dwojgu ludzi w ich relacji, a które wylewają się również na widza. Paryż, miasto dawnych mistrzów pisarstwa i miłości, staje się miejscem tętniącym uczuciem pary, która poprzez realizowanie seksualnych fantazji chce dosięgnąć gwiazd. Oglądanie „Gorzkich Godów” to możliwość wejrzenia w tę wędrówkę, przeżycia jej z uśmiechem... Bo trudno inaczej zareagować na ekscentryczne zachowania bohaterów. Zaraz za tymi scenami czekają jednak kolejne, takie do oglądania ze łzami na policzkach.
To niełatwy film dający się prosto opisać - przedstawia historię relacji, która jest silna z tego samego powodu, z którego jest trudna do zniesienia. Bohaterowie nie wychodzą z niej tylko z ranami na sercach. Ciosy, które sobie zadają, pozostawiają trwałe ślady. Od tego zresztą zaczyna swoją narrację grany przez Petera Coyote'a niepełnosprawny Oskar - aby wyjaśnić poznanemu na statku Brytyjczykowi (Hugh Grant) powód, dla którego resztę życia spędzi na wózku inwalidzkim, zaczyna opowieść od momentu zobaczenia po raz pierwszy ukochanej Mimi (Emmanuelle Seigner).
Nowo poznany mężczyzna przysłuchuje się tej historii, coraz wyraźniej dostrzegając, że jego własny związek z żoną, w porównaniu do barwych opowieści niedoszłego pisarza, jest niezwykle nudny.

Gorzkie Gody, czyli historia o raju i upadku.


Dzieło Polańskiego to wybrzmiewający głośno cudo-film, przy okazji którego przypomina mi się, że kiedy jakaś praca mi się aż tak nie spodoba, w ogóle nie mam ochoty o niej pisać. Za to kiedy przedstawi się nam coś idealnego, myślimy sobie idealistycznie „Ja nigdy nie chcę już obejrzeć niczego mniej dobrego niż to”. To ja też sobie teraz myślę „Nie chcę już pisać o niczym gorszym od tego”.
Tak się oczywiście nie stanie, ale dajcie mi żyć chwilą rozkoszy, podarowaną nam przez twórców cudo-twórców, takich jak pan Roman Polański. 

Znalezione obrazy dla zapytania bitter moon
źródło: Program TV
Niektórzy twórcy: Roman Polański, Gérard Brach, John Brownjohn, Peter Coyote, Emmanuelle Seigner, Hugh Grant, Kristin Scott Thomas, Victor Banerjee, Tonino Delli Colli, Hervé de Luze

poniedziałek, 13 maja 2019

Jak być wojownikiem, kiedy nie chcesz walczyć - „Crown of Midnight”, Sarah J. Maas. Recenzja

Recenzje książek fantastyka
Recenzja „Crown of Midnight” mówi o drugiej części serii Szklany Tron, dlatego zawiera nawiązania do części pierwszej.

Celaena wygrywa konkurs, zostaje więc osobistym zabójcą króla. Okazuje się jednak, że choć Chaol i Dorian życzyli dziewczynie wygranej, nie są oni zadowoleni z jej zawodu - nagle dotarło do nich, że naprawdę chodzi w nim o zabijanie. Prawdziwe zabijanie, dacie wiarę? I dwóch przyjaciół z zamku nagle uznało, że piękna i miła dziewczyna nie powinna jednocześnie być morderczynią. Takie mądrości najwidoczniej przychodzą z wiekiem.
Tylko że prawda o zawodzie Celaeny jest zupełnie inna, niż się wszystkim wydaje. Tę prawdę znają tylko jej ofiary.

„She wouldn't mind working with him - but not in the way Roland meant. Her way would include a dagger, a shovel, and an unmarked grave."


Bazę treści drugiej części Szklanego Tronu stanowią uniki, które Celaena stosuje, aby nie musieć słuchać rozkazów króla. Robimy przeskok z jednej książki do drugiej, ale taki odstęp okazuje się być zbyt krótki, aby móc zminimalizować w głównej bohaterce mordercze instynkty, które odczuwa w obecności króla. O dziwo morderczych instynktów nie odczuwa w stosunku do tych, których polecono jej zabić. Mimo że kobieta w okresie „sprzed kopalni” pracowała jako zabójczyni pilnie wypełniając obowiązki, które jej powierzono, tutaj dorosła już do oszustwa i podążania za głosem serca - ryzykując życiem nie tylko swoim, ale również bliskich. Jej pragnienie wolności i niezależności od władcy, którym gardzi, przejawia się poprzez bunt wobec niego.


 „The world was beyond helping. Even if... even if she'd seen firsthand just how dangerous things could become - how much worse it could be."

W „Crown of Midnight” jest wszystko, czego dobra książka potrzebuje - ciekawe zagadki, wiele akcji, do tego wplecione mocne wątki relacji pomiędzy bohaterami. Dla takiej powieści warto czytać część pierwszą. Wydaje się, że ta różnica między dwoma książkami również jest powodem, dla którego czytelnicy są zadowoleni - mają porównanie, w którym „Crown of Midnight” wypada wyjątkowo pozytywnie.
W „Crown of Midnight” Sarah J. Maas udowadnia, że rozwija się jako pisarka, i że wszystkie zarzuty czytelników odnośnie wad pierwszej części wzięła sobie do serca.

„There is nothing complicated. It is the difference between right and wrong. The slaves in those camps have people who love them just as much as you loved my friend.”

Sarah J. Mass to amerykańska pisarka, autorka bestsellerów New York Times'a. Seria Szklany Tron została do tej pory przetłumaczona na trzydzieści pięć języków. Żyje w Pensylwanii wraz z mężem i psem; jest fanką filmów Disneya, a wolnych chwilach cieszy się pięknem natury stanu, w którym mieszka.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Zabójca teź człowiek - „Throne of Glass”, Sarah J. Mass. Recenzja

recenzje książek za zamkniętymi okładkami
Znacie już Celaenę Sardothien, główną bohaterkę serii Szklany Tron i kobietę, w której imieniu jest zdecydowanie zbyt wiele samogłosek? Ja chciałam poznać ją już wcześniej, jednak pragnęłam przeczytać jej historię po angielsku, a dwa lata temu książka okazała się dla mnie za trudna. Ostatnio zaś ponownie spróbowałam przeczytać „Throne of Glass” i pochłonął mnie fantastyczny świat Erilei.

Celaena to nastoletnia dziewczyna, która dużą część swojego życia spędziła na zabijaniu. Dzięki temu stała się legendą, jednym z najlepszych zabójców. Ale kiedy zdradził ją człowiek, któremu ufała, trafiła do obozu pracy w kopalni - właśnie w tym okresie życia ją poznajemy. Dziewczyna dużo wycierpiała, ale los stawia przed nią jeszcze jedną szansę. Jednak jej podjęcie będzie wymagało odwrócenia się przez bohaterkę od własnych wartości. Czy Celaena zdecyduje się podjąć tę drogę ku wolności?

„You're remarkably judgmental.”
„What's the point in having a mind if you don't use it to make judgments?”
„What's the point in having a heart if you don't use it to spare others from the harsh judgments of your mind?

W „Throne of Glass”, niektóre treści są przerysowane; według mnie jest to wina tego, że autorka napisała tę historię mając szesnaście lat, aby poprawić i wydać ją w następnych latach. To pewne poczucie sztuczności dotyczy przede wszystkim nakreślenia postaci Celaeny, którą po pierwsze poznajemy nie od jej walecznej strony, tylko poprzez pryzmat innych ludzi, którzy się jej boją. Mało jest powodów, dla których mieliby taki strach odczuwać, po prostu - słyszeli, że ktoś jest słynnym mordercą, to się go obawiają. W myślach Celaeny pojawiają się poza tym różne sposoby na zabicie mijanych osób, ale te wyobrażenia nigdy nie zamieniają się w czyny. W związku z tym z początku postać tej bohaterki była dosyć rozmyta, tworzona poprzez pustosłowie i dopiero z biegiem wydarzeń mogłam w niej zacząć widzieć tę silną kobietę, jaką podobno miała być.

Mnóstwo jest tu elementów typowych dla fantastyki - Erilea z pierwszego tomu Szklanego Tronu jest władana przez okrutnego króla, któremu skutecznie udało wytępić się z królestwa wszelką magię. Tak mu się przynajmniej wydaje, bo lasy i zapomniane przejścia wciąż są pełne własnych tajemnic... 
Poza spełnianiem własnych celów, Celaena musi też sprostać wyzwaniom, jakie wymuszają na niej tajemnicze morderstwa. Giną mężczyźni, z którymi dziewczyna rywalizuje o wolność. Ale mimo jej ludobójczych myśli, przewijających się przez całą książkę, zabójczyni okazuje się być osobą poszukującą ... przyjaźni. Przez to poszukiwanie Calaena zbliża się do niektórych bohaterów, a są pośród nich tacy, którzy okazali się dosyć irytujący. Nie mam zamiaru pisać, kto według mnie taki jest, to już pozostawię waszej (być może) przyszłej refleksji w trakcie lektury.
Coraz bardziej poznając zabójczynię dostrzegamy poza tym, że nikomu, kto nie jest jej wrogi, krzywdy nie wyrządzi, nawet więcej, pomoże mu w potrzebie.

Ponieważ większa część wydarzeń z książki dzieje się w zamku i pojawia się tu motyw konkursu oraz wątek miłosny, akcja skojarzyła mi się z „Rywalkami” Kiery Cass, choć wspomnianej książki nie zapamiętałam jako najlepszej z możliwych; tymczasem „Throne of Glass” wydaje się być dobrym rozpoczęciem serii. Autorka nie ma specyficznego stylu pisania, jednak nadaje się to on do nakreślenia historii z gatunku fantasy, gdzie na pierwszym planie jest akcja, a nie wewnętrzne rozterki bohaterów. Momentami przeżywałam wydarzenia bardziej, czasami po prostu mi się podobały, ale w każdym razie z chęcią sięgnę po kolejne tomy - choćby i po to, aby odkryć więcej faktów z przeszłości Celaeny. 



Sarah J. Mass to amerykańska pisarka, autorka bestsellerów New York Times'a. Seria Szklany Tron została do tej pory przetłumaczona na trzydzieści pięć języków. Żyje w Pensylwanii wraz z mężem i psem; jest fanką filmów Disneya, a wolnych chwilach cieszy się pięknem natury stanu, w którym mieszka.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

„W jak głęboką samotność może człowieka wpędzić prawda” - „Śmierć Komandora. Pojawia się idea.”, Haruki Murakami. Recenzja

recenzje książek
W swojej pierwszej od pięciu lat powieści, Haruki Murakami zwyczajowo zabiera się za temat wyobcowania. Jego bohater to artysta, którego spotyka samotność, ale razem z nią pojawiają się w jego życiu wydarzenia niezwykłe.



 „By zniwelować gwałtowny strach czy cierpienie, albo przynajmniej je złagodzić, mobilizuje w pełni wszystkie uczucia i zmysłowe doznania, które ma akurat pod ręką. Tak samo tam, gdzie jest pożar, zanosi się wszystko co tylko można napełnić wodą.”

Jakbyście się czuli, mieszkając w domu legendy, człowieka, którego postać jest Wam równie bliska, co obca? Gdybyście zaczęli się obawiać, że Wasze losy potoczą się podobnie jak te nieszczęśnika z fikcji literackiej? A gdybyście mieli w domu ważny obraz niewiadomego znaczenia?
Całkiem sporo tych zagadek jak na jedną książkę...

Murakami to pisarz, który do perfekcji opanował piękne opisywanie codzienności. W pierwszym tomie „Śmierci Komandora” wprowadza nas w otoczenie japońskich gór i malarstwa, przeplata to muzyką operową i europejską kulturą, opowiadając nam życie postaci tylko z pozoru wiodącej spokojne, przyjemne życie. W rzeczywistości jest to historia tchnąca samotnością, ale też nadziejami, które pozostają w zawieszeniu; myślami na temat tego, czy człowiek nie jest przypadkiem tylko stertą prochu; odzwierciedleniem uczuć każdego wrażliwego człowieka, który oddali się na chwilę od serca społeczności, czyli miasta.


 „Można to porównać do trzęsienia ziemi powstającego głęboko na dnie morza. To świat ukryty przed ludzkim wzrokiem, nie dociera do niego światło słoneczne, innymi słowy, wielka zmiana ma miejsce na wewnętrznym terenie podświadomości. Jej efekty docierają na powierzchnię, wywołując reakcję łańcuchową i w końcu przyjmują widoczną dla nas formę.”


Niezwykle ważny aspekt tej powieści stanowi wnikliwa analiza procesu twórczego. Z racji tego, że główny bohater jest portrecistą, skupia się ona na malarstwie. Czytając o pracy mężczyzny odnosiłam wrażenie, jakby Murakami sam całe życie spędził przy płótnie - widocznym więc jest, jak wiele pracy autor włożył w odpowiednią kreację bohaterów. Nie dostajemy tylko powierzchownych informacji pokroju 'on lubił malować od zawsze, to był jego talent, który wszyscy zawsze dostrzegali' jak to było na przykład w „Art and Soul” i wielu innych powieściach, w których sztuka występowała tylko teoretycznie i pewnie na tylnej okładce. „Śmierć Komandora” to wszystkie oblicza życia artysty. Niechęć innych do jego pracy, czasem brak możliwości aby malować to, co się pragnie i rzeczywisty proces pracy malarza to istotne części tej powieści.

Przedstawiona tu historia toczy się z początku wolno, ale później coraz bardziej nabiera tempa. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z fikcją, co przez krótki moment nawet sprawiło na mnie wrażenie, jakby za tekst wziął się jakiś mało doświadczony w pisaniu Japończyk udający Neila Gaimana. Bo choć elementy nierzeczywiste uznaje się za nieodłączną część pisarstwa Murakamiego, według mnie to z tymi emocjonalnymi warstwami autor radzi sobie najlepiej. Nieprzyzwoicie wręcz dobrze.

W dzisiejszym tekście nie będzie podsumowania emocji i refleksji, jakie towarzyszyły mi w czasie lektury, ponieważ mowa tu jedynie o pierwszym tomie powieści, którą w Polsce rozdzielono na dwie osobne książki. Jednak po jej skończeniu od razu sięgnęłam po drugą, bo zbyt się związałam z opowieścią, aby móc przerwać ją jakąś inną - niech to póki co pozostanie moją rekomendacją.





 Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.


liczba stron: 473. Książka wydana przez wydawnictwo Muza w 2018 roku. tłumaczenie:  Anna Zielińska-Elliott. tytuł oryginału: Kichidanchogoroshi Daiichibu. Arawareru idea hen

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Koszmary codzienności - „Księga Jesiennych Demonów”, Jarosław Grzędowicz. Recenzja

Z jakimi trudnościami przychodzi Wam się mierzyć na co dzień? Choć każdy człowiek jest wyjątkowy, a jego umiejętności radzenia sobie z cierpieniem różne od tych innych ludzi, to w gruncie rzeczy gdyby wszystkie problemy, z jakimi mierzą się ludzie na świecie, włożyć do jednego worka, wcale nie byłby on aż tak bardzo wypchany...
Lęki, słabości, kłopoty po nieprzemyślanych decyzjach, braki w wyglądzie, charakterze i portfelu, zły sposób myślenia, trudności z dostosowaniem się do sytuacji, zła praca, brak pracy, samotność, przemoc, strata, uzależnienia, źle układający się związek, inność, choroby, wojna, terroryzm, głód.
Widzicie, wcale nie jest ich aż tak wiele. Tak właściwie każdą rozterkę można podpiąć pod któryś z powyższych problemów. A mimo to nawet jeden z nich jest Nas w stanie popsuć. Skrada się i któregoś dnia odbiera reszki szczęścia, lub też spada na człowieka z tupetem, odbierając mu dech w piersiach.
I Jarosław Grzędowicz, korzystając z Naszego współistnienia z problemami obu rodzajów, opisuje je w pięciu opowiadaniach, znajdujących się w całkiem przyjemnie zatytułowanej książce, czyli w „Księdze Jesiennych Demonów”.



„Są rzeczy, które przychodzą z wyższego świata i takie, które wychodzą z niższego. Choroby, niefart, kursy walut. Tak było, jest i będzie. Nie ma znaczenia, czy siedzisz w szałasie, jaskini, czy apartamencie. Dżungla jest wszędzie tam, gdzie ludzie.”


Które problemy Grzędowicz wybiera z worka, aby uczynić z nich główne motywy swoich prac? Gdybyśmy mieli zastąpić nimi tytuły opowiadań, byłyby to kolejno:
Braki w portfelu i brak pracy”,

„Zła praca, inność i trudności z dostosowaniem się do sytuacji”,

„Źle układający się związek, uzależnienia, przemoc i kłopoty po nieprzemyślanych decyzjach”,

„Zły sposób myślenia, braki w portfelu, źle układający się związek”

„Strata i samotność”.

Jednak to, że jestem w stanie w ten sposób te opowiadania opisać, nie sprawia, że nie ma w nich niczego więcej ponad wymienione wyżej słowa. Wręcz przeciwnie. Wyobraźcie sobie, jaki efekt można otrzymać, kiedy takie czynniki wymieszamy z porządną dawką fantazji. A jeśli jeszcze nie potraficie tego wyraźnie w głowach zobaczyć, nic straconego - wystarczy sięgnąć po książkę.

Autor z wplątywaniem swoich szalonych konceptów w życia zwykłych ludzi radzi sobie z drobnymi potknięciami, które czytelnik jest w stanie wybaczyć na rzecz przeżycia wielkiej, a nieraz i mniejszej, mieszczącej się na terenie jednego domu, przygody. Opisy są żywe, jednak ominęła je wulgarność, na którą czasem wpadamy przy czytaniu opowieści z pogranicza horroru. Możemy się jednak spodziewać języka, który jest bardzo ironiczny, a dodatkowo sposób myślenia przedstawiony na kartach książki jest często przepełniony wszelką negatywną perspektywą - i choć wiem, że bohaterowie przechodzili przez ciężkie okresy, mam wrażenie, że Jarosław Grzędowicz po prostu jest jednym z tych pisarzy, którzy bez dużej dozy sarkazmu się nie obejdą.


„Nie wiem, dlaczego tak wszystko komplikujecie. Głównie robicie te rzeczy, których wcale nie chcecie. I tak przez całe życie. A potem tego żałujecie. Ciężko być człowiekiem.”

Niezależnie od tego, czy sami toniecie w kłopotach, i książka ma być dla Was od nich ucieczką, czy też po prostu jesteście fanami fantastycznych opowieści, z którymi miło spędzić można mgliste, jesienne dni, „Księga jesiennych demonów” może się okazać lekturą idealną.



Jarosław Grzędowicz to polski pisarz, który zadebiutował w 1982 roku - w tygodniku Odgłosy ukazało się jego opowiadanie, „Azyl dla starych pilotów”. Jest autorem 4-tomowego cyklu „Pan Lodowego Ogrodu”. W latach 1993-2001 był redaktorem naczelnym czasopisma FENIX. Do tej pory wydano osiem jego książek.