Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2019

„Pewnego razu... w Hollywood”. Dziewiąty film Quentina Tarantino

Ten film wyczekiwany był przez wielbicieli kina, fanów twórczości Tarantino i... mnie. Na to dzieło czekałam pewnie z rok. Wszystko za sprawą jednego z wątków, jaki miał być w nim poruszony. I mój entuzjazm nie osłabł też po przedpremierowym seansie, po którym moje myśli wciąż krążyły wokół tej historii, odtworzonej przez m.in. Brada Pitt'a, Leonardo DiCaprio i Margot Robbie.

Znalezione obrazy dla zapytania once upon a time in hollywood

Pewnego razu... pod koniec lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku.
Pewnego razu... w życiu pomniejszych gwiazd Hollywood.
Pewnego razu... w sąsiedztwie zamieszkiwanym przez Romana Polańskiego.
Pewnego razu... w środowisku hipisów.
Pewnego razu... Kiedy świetny reżyser spotkał się z najlepszymi aktorami, aby przed oczy widzów trafił dopracowany, pełen specyficznego humoru film.

Dziewiąty film Quentina Tarantino można nazwać komentarzem do zmieniającego się świata kina, bo w dużej mierze na tym oparta jest przedstawiona w nim historia. Jest poza tym wszystkim tym, o czym napisałam powyżej. Ale to też wiele emocji, zaskakujących scen i umiejętne pomieszanie fikcji z rzeczywistością.

Gdzie ta rzeczywistość? Zostaje nakreślona w postaciach Sharon Tate i Romana Polańskiego (zagranego zresztą przez Polaka - Rafała Zawieruchę); dlatego jeśli po przeczytaniu nazwiska aktorki przychodzi Wam do głowy jedynie jej ładna buzia lub pustka, to aby szerzej zrozumieć film, przed lub po jego obejrzeniu należy się przynajmniej krótko zapoznać z jej biografią.
Ale to nie jedyne osoby ze świata kina, które Tarantino postanowił wprowadzić do swojego filmu. Niektóre sceny z „Pewnego razu...” już wzbudziły wiele kontrowersji... Spróbujcie po obejrzeniu filmu wpaść na trop, o który moment może chodzić - ja bym się nie spodziewała, że właśnie ten jeden fragment wywołał sporo medialnego szumu. O co chodzi? Jeśli będziecie ciekawi, na pewno natraficie po krótkich poszukiwaniach na informację w internecie.

Kalifornia nie jest jedynie pięknym stanem pełnym osób, którym się powodzi, bo tam gdzie ogromny sukces, mieszka też upadek. I „Pewnego razu...” przedstawia ten problem, wykorzystując do tego fikcyjne, szybujące w dół kariery aktora i kaskadera. Żadnemu z mężczyzn nie można wmówić braku temperamentu, a historii szablonowości. Film nie bazuje na tanich chwytach, które z pewnością podekscytują widza - Tarantino sięga po własne środki, które czynią dzieło ciekawym, świeżym i po prostu innym.

Na sali kinowej widzowie reagują różnie: wzdychają, bluźnią, śmieją się, płaczą. Czasem wszystko na raz. Według mnie film wywołuje takie wyjątkowe emocje, bo podczas seansu dostajemy różne skrawki z życia mieszkańców Hollywood, które z pozoru ledwie się łączą. Kiedy jednak zaczynamy dostrzegać między nimi głęboką spójność, kiedy film gra całym sobą, muzyką, każdą mimiką aktora, żartem, nawiązaniem do przeszłości, które wiemy, że musi mieć jakieś znaczenie, wtedy zaczynamy go czuć. I to „czucie” się z nas... wylewa.

Ten film ma w sobie wyraziste sceny, a jednocześnie zrównoważony jest subtelnością postaci takich jak Sharon Tate czy występującym w pewnym momencie utworem, wyróżniającym się na tle innych. Ważny jest też przekaz, konkluzja, która się dla mnie wyłania po obejrzeniu całego filmu. Ale o tym może porozmawiajmy innym razem... Kiedy i Wy już pewnego razu będziecie w Hollywood.

czwartek, 23 maja 2019

Krótko o musicalu „Chicago”, reż. Rob Marshall


Jak wiele można wyrazić poprzez taniec i śpiew? Pierwsze jest w stanie przekazać różne uczucia ruchem, natomiast drugie może już służyć jako sposób opowiadania historii od początku do końca. Jednak gdy połączy się te elementy i doda kamerę, wyjdzie nam musical, czyli film, którego klimat zazwyczaj utrzymany jest w realiach zdecydowanie bardziej baśniowych, niż w innych gatunkach filmowych: tak jest na przykład ze sławnymi "Moulin Rouge!" i "La La Land". I tak też jest w przypadku filmu z 2002 roku, nominowanego do 13 Oskarów Chicago.
Podobny obraz
źródło: emmasrandomthoughts.wordpress.com

Chicago to realia tytułowego miasta lat 20. XX wieku z perspektywy więźniarek. Już sam ten temat w połączeniu z zabawowym klimatem filmu wywołuje w nas ciekawość... Powstały na podstawie przedstawienia teatralnego musical nie skupia się jednak na zobrazowaniu życia w więzieniu, a na sławie. Można ją zyskiwać, tracić, walczyć o nią. Ale trafiających do więzienia morderczyń z początku interesuje coś zupełnie innego - uniewinnienie. To uzasadnione pragnienie szybko jednak zmienia się w żądzę sławy, gdy uznany prawnik chce stworzyć dla winnych kobiet odpowiedni wizerunek medialny. Odpowiedni znaczy taki, którego będą chcieli ludzie. Kiedy ludzie staną się zauroczeni zbrodniarkami, droga więźniarek do wolności stanie się prosta.



Znalezione obrazy dla zapytania chicago rob marshall
żródło: The Mind Reels






Film jest dobrze zrealizowany, mam trochę wrażenie, że czasami aż „za dobrze”, ponieważ w połączeniu z moim oglądaniem wszystkiego w skupieniu, scen, które były wytańczone i wyśpiewane, było aż za wiele. Ale taka też jest po prostu cecha filmów bardzo dopracowanych, w których jest wiele elementów czysto artystycznych.

W fabule "Chicago" nie ma miejsca na uczciwość, sprawiedliwość. To świat, w którym triumfuje ułuda i ludzie potrafiący odnaleźć się na scenie. To tak, jak w rzeczywistości: ci, którzy potrafią najlepiej się zaprezentować, osiągają największe sukcesy, niezależnie od prawdy o ich życiu.


https://mindreels.files.wordpress.com/2015/08/rene.jpg
źródło: Pinterest
Niektórzy twórcy filmu: Rob Marshall, Renee Zellweger, Catherine Zeta-Jones, Queen Latifah, Richard Gere, John C. Reilly, Colleen Atwood, Bill Condon, John Myhre

czwartek, 16 maja 2019

Myśli po „Gorzkich Godach” Romana Polańskiego

Często wydaje mi się, że ci, którzy nie mają absolutnej pewności, o czym mówią, kiedy mówią o kulturze, powinni milczeć. Fenomen tej myśli polega na tym, że jedynie w stosunku do siebie jestem taka surowa. Z tej surowości wywodziło się trwające we mnie wiele lat przeświadczenie, że pewnie nie powinnam pisać o książkach.
Tylko że do każdego z nas przychodzi kiedyś długo wyczekiwane dzieło wielkie. Kiedy do czynienia mamy z dziełami wielkimi, rozpiera nas ochota, żeby o nich mówić. Mówić przy herbacie, mówić w szkole, przemawiać ładnie, żartować, wyrażać poglądy, które zrodziły się w trakcie obcowania z tymi pracami. Nie da się milczeć o czymś, co wlało w nas właściwą tylko sobie wrażliwość, która następnie nas rozpiera.
Podobny obraz
żródło: Film - The AV Club

Może ktoś jeszcze pamięta początki tej strony i pierwszy post - recenzję „Ścieżek Północy”. Może ten ktoś jest nieświadomy, że właśnie przez tę powieść założyłam bloga. Bo książka Richarda Flanagana nie dawała się wyciszyć, wyłączyć, uspokoić, przestać pulsować. Nie dawała spokoju. Nie daje mi go nic, co robi na mnie wielkie wrażenie i przekazuje morze myśli.
Jedynie pozostawia po sobie słodko-gorzki smak, wspomnienie rozkoszy i świadomość, że w najbliższym czasie nie spotka mnie już nic tak dobrego.

Nie obejrzałam wszystkich ważnych i tych mniej ważnych filmów - stąd wywodzą się moje rozterki. Być może ja jestem taka rozterkowa, a może te uczucia to symptom choroby współczesnego świata. Może Wam również jest niespokojnie z myślą, że w tylu miejscach jeszcze nie byliście, i że tyle rzeczy wciąż czeka za rogiem, abyście ich doświadczyli. Skoro tyle się jeszcze nie przydarzyło, to co możecie wiedzieć o życiu?

Ale w niektórych chwilach mam strażnika od takich rozterek, który zamiast broni ma myśl o ładnym brzmieniu: Wypowiedź na temat filmu kogoś, do kogo głęboko on przemówił, wydaje się być istotniejsza od głosu krytyka z prawdziwego zdarzenia. W dodatku wypowiadając głośno przemyślenia na temat sztuki, w większym stopniu stajemy się jej uczestnikami, sztuka przygarnia nas do siebie i z czasem pozwala się opisywać coraz to bardziej trafnymi określeniami. Bez działania nie ma możliwości wygranej, a bez pisania o sztuce nie można mieć perspektyw na umiejętne wypowiadanie się o niej w przyszłości. 

Podobny obraz
źródło: imdb.com

„Gorzkie Gody”, stworzone na podstawie powieści francuskiego pisarza Pascala Brucknera, utkane są przede wszystkim z silnych emocji, jakie towarzyszą dwojgu ludzi w ich relacji, a które wylewają się również na widza. Paryż, miasto dawnych mistrzów pisarstwa i miłości, staje się miejscem tętniącym uczuciem pary, która poprzez realizowanie seksualnych fantazji chce dosięgnąć gwiazd. Oglądanie „Gorzkich Godów” to możliwość wejrzenia w tę wędrówkę, przeżycia jej z uśmiechem... Bo trudno inaczej zareagować na ekscentryczne zachowania bohaterów. Zaraz za tymi scenami czekają jednak kolejne, takie do oglądania ze łzami na policzkach.
To niełatwy film dający się prosto opisać - przedstawia historię relacji, która jest silna z tego samego powodu, z którego jest trudna do zniesienia. Bohaterowie nie wychodzą z niej tylko z ranami na sercach. Ciosy, które sobie zadają, pozostawiają trwałe ślady. Od tego zresztą zaczyna swoją narrację grany przez Petera Coyote'a niepełnosprawny Oskar - aby wyjaśnić poznanemu na statku Brytyjczykowi (Hugh Grant) powód, dla którego resztę życia spędzi na wózku inwalidzkim, zaczyna opowieść od momentu zobaczenia po raz pierwszy ukochanej Mimi (Emmanuelle Seigner).
Nowo poznany mężczyzna przysłuchuje się tej historii, coraz wyraźniej dostrzegając, że jego własny związek z żoną, w porównaniu do barwych opowieści niedoszłego pisarza, jest niezwykle nudny.

Gorzkie Gody, czyli historia o raju i upadku.


Dzieło Polańskiego to wybrzmiewający głośno cudo-film, przy okazji którego przypomina mi się, że kiedy jakaś praca mi się aż tak nie spodoba, w ogóle nie mam ochoty o niej pisać. Za to kiedy przedstawi się nam coś idealnego, myślimy sobie idealistycznie „Ja nigdy nie chcę już obejrzeć niczego mniej dobrego niż to”. To ja też sobie teraz myślę „Nie chcę już pisać o niczym gorszym od tego”.
Tak się oczywiście nie stanie, ale dajcie mi żyć chwilą rozkoszy, podarowaną nam przez twórców cudo-twórców, takich jak pan Roman Polański. 

Znalezione obrazy dla zapytania bitter moon
źródło: Program TV
Niektórzy twórcy: Roman Polański, Gérard Brach, John Brownjohn, Peter Coyote, Emmanuelle Seigner, Hugh Grant, Kristin Scott Thomas, Victor Banerjee, Tonino Delli Colli, Hervé de Luze

czwartek, 7 marca 2019

Tully, reż. Jason Reitman | Matka i życie bez upiększeń

Znalezione obrazy dla zapytania tully
źródło: https://aleteiapolish.files.wordpress.com/2018/05/web3-tully-movie-mother-motherhood.jpg?quality=100&strip=all&w=620&h=310&crop=1

Ostatnio miałam okazję obejrzeć film, który ukazywał historię przedstawiającą bardzo poruszający obraz osoby chronicznie zmęczonej. Mowa o produkcji o tytule „Tully”, w której główną rolę zagrała Charlize Theron - tym razem nie tak ładna, jakbyśmy się spodziewali.

Główna bohaterka jest w ciąży z trzecim dzieckiem. Jest matką z powołaniem, opiekę nad dziećmi przekłada ponad wszystko - również ponad siebie. Ma męża i bliskich, ale nie narzeka na swój los i prawdopodobnie właśnie dlatego każde z nich ignoruje stan kobiety. Próby pomocy jej są głównie pozorne; brat stara się jednak ułatwić jej życie, zatrudniając na noce opiekunkę, która będzie zajmowała się nowo narodzoną Mią.
Właśnie wtedy nadchodzi Tully. A dzięki jej witalności przepracowana kobieta zmienia się z cienia w człowieka.

Cieszy mnie, że powstał taki film, bo rzadko spotykamy na ekranie postaci aż tak prawdziwe, jest to coś świeżego. Często co prawda pojawiają się w filmach wątki, które prowadzą głównego bohatera na skraj, ale to jakoś nigdy nie sprawia, że jest on wymęczony, niezadbany, z nieposprzątanymi domem, bez pieniędzy, bez siły na przygotowanie pożywnego posiłku. Filmowa kobieta nawet w najgorszej kondycji nosi makijaż, a jej fryzura jest jak z salonu fryzjerskiego. Może i znamy takie osoby, które gotowe do działania i z energią są zawsze, to jednak wyjątki.
Jeśli chodzi o kino, ciężko jest pokazać tę prawdziwą stronę życia, bo jeśli chcemy skupić na przedstawianiu historii, nie możemy rozpraszać widza każdą najmniejszą rozterką bohatera. Tutaj jednak autorzy filmu w dużej części to oddali, dlatego odnoszę wrażenie, że od większości się on różni. 
Nawet na kartach powieści rzadko odkrywa się te prawdziwe codzienne drobne trudności, a wydawałoby się, że pisząc łatwiej przedstawia się takie problemy.

Znalezione obrazy dla zapytania tully
źródło: https://cdn1.thr.com/sites/default/files/2018/03/tully_trailer_still_0.jpg


 
Ogromną rolę w „Tully” odgrywa zakończenie, mające znaczny wpływ na całość naszego odbioru, dlatego z oczywistych względów nie mogę tu omówić wszystkich dodatnich aspektów filmu. Jest on oczywiście w większej części o macierzyństwie, ponieważ właśnie na nim skupia się życie bohaterki. Przedstawia, jak ciężką psychiczną i fizyczną pracą jest wychowanie i opieka nad dziećmi, szczególnie kiedy inni ignorują wysiłki, jakie trzeba w nie włożyć. Wyraźnie też widzimy, że mimo poświęcenia, jakie wkłada w bycie matką kobieta, jest ona źle oceniana przez społeczeństwo. Bo niezadbana, bo chętniej by pewnie po prostu wypoczęła, zamiast spędzać czas na udawaniu zadowolenia przed innymi.
Ten obraz prawdziwej matki jest poruszający, bo mimo że pokazuje aspekty macierzyństwa, które niektórzy mogliby skwitować słowem 'obrzydliwe', w tym filmie sposób ich przedstawienia sprawia po prostu, że do bohaterki czujemy współczucie.
Historia tu przedstawiona nie jest na pewno skierowana tylko do widzów, którzy mają blisko siebie osoby wychowujące małe dzieci, czy takich, które same się temu poświęcają temu zajęciu. Według mnie w sposób bardzo uniwersalny przedstawia ona człowieka zmęczonego, i jest pięknym źródłem refleksji na temat tego, do czego może doprowadzić przemęczenie i jak pomagać ludziom się z nim zmagającym. Ten spokojny film, głęboki, mimo że dotyczy okoliczności, z jakimi spotykamy się na co dzień, potrafi być dobrą inspiracją do zmiany podejścia.

czwartek, 31 stycznia 2019

Idealny dla fanów starego kina i nie tylko - Konkurs literacki „ Już nie zapomnisz mnie”







https://przedwojenny-konkurs.blogspot.com/

Witajcie,

Chciałabym was dzisiaj poinformować o istniejącym od października konkursie, w którym sprawdzić się mogą wszyscy lubiący pisać. Aby wziąć udział, należy do 7 kwietnia 2019 roku stworzyć opowiadanie. Jest to już druga edycja tego konkursu, a zagadnienia, które mają być częścią pracy wydają się być na tyle ciekawe, że postanowiłam wziąć udział w promowaniu „Już nie zapomnisz mnie”.

Jednym z celów konkursu jestodtworzenie pamięci o przedwojennych, polskich artystach”, dlatego jako bohaterów należy wybrać dwie postacie spośród tych występujących w dawnych filmach; możliwe wybory podano na stronie. Mimo że tematyka jest dowolna, w pracach należy umieścić pięć haseł, które są tytułami przedwojennych filmów. Ponadto podoba mi się wymaganie odnośnie słowa „róża”: 

„RÓŻA 
To, co będzie łączyło wszystkie opowiadania to róża. Interpretacja dowolna.
Może to być: kwiat, choroba, wada drewna, cząstka brokułu lub kalafiora, jak również dziewczyna o imieniu Róża czy nazwa pensjonatu. Można też posługiwać się związkami frazeologicznymi, np. życie usłane różami, nie ma róży bez kolców, róża wiatrów.
Róża to tytuł przedwojennego filmu z 1936 r.”

I taki też jest cały ten konkurs; pozwala dać początek naszemu opowiadaniu poprzez słowa klucze i zamieszczenie konkretnych postaci, ale poza tym daje duże pole do popisu. Praca ma liczyć od trzech do piętnastu stron A4. Nagrodami są książki, audiobooki, jak i numery czasopisma o tematyce strego kina.

Jeśli jesteście zainteresowani, kliknięcie na zdjęcie umieszczone w poście przeniesie Was na stronę konkursową. Jeśli zaś nie możecie się jeszcze zdecydować, na blogu umieściłam baner, który przeniesie Was tam, o ile podejmiecie decyzję o wzięciu udziału w konkursie.

Powodzenia! 

czwartek, 24 stycznia 2019

„Płomienie” w reżyserii Chang-donge'a Lee i opowiadanie Harukiego Murakamiego. Dlaczego warto poświęcić im uwagę?

za zamkniętymi okładkami burning movie



Niedawno w kinach pojawił się film „Płomienie”, będący ekranizacją opowiadania „Spalenie stodoły” japońskiego pisarza Harukiego Murakamiego ze zbioru zatytułowanego „Zniknięcie słonia”. Film jest produkcji koreańskiej i jest tegorocznym kandydatem do Oskara Korei Południowej. Równie dobry co opowiadanie, czy może nawet lepszy?

W ubiegłym roku pisałam o ekranizacji opowiadania Neila Gaimana, gdzie opisywałam również, dlaczego lubię właśnie ekranizacje opowiadań, nie powieści. Zwyczajnie łatwiej wtedy wypaść filmowi dobrze, ponieważ kiedy porównujemy powieść z jej ekranizacją, może ona być co najwyżej równie dobra, co książka. W przypadku opowiadań jest inaczej, bo reżyser rozbudowuje treści, zamiast je ciąć; przy tym cięciu czasem gdzieś ginie głębia. Jednak w przypadku „Płomieni” porównanie filmu z opowiadaniem daje nam wnioski, których się nie spodziewałam. Ale o tym później ... 

za zamkniętymi okładkami recenzje książek

Zacznijmy od opowiadania, bo to od niego się wszystko zaczęło. Przedstawia ono pewną historię z perspektywy trzydziestojednoletniego mężczyzny, który na weselu znajomego poznaje dziewczynę. Jest ona postacią typową dla bohaterów Murakamiego, to znaczy stanowi pewną osobliwość, a bohatera napawa ciekawością. Z biegiem wydarzeń kobieta poznaje jeszcze jednego mężczyznę, przez którego zmienia się życie mężczyzny i kobiety. Opowiadanie zawiera w sobie metaforę, którą pojmujemy wraz z jego ostatnim zdaniem. Jest to opowieść tajemnicza, atmosferą przypominała mi powieść „Tańcz, tańcz, tańcz”. Niewątpliwie pozostawia w czytelniku wiele emocji.

Znalezione obrazy dla zapytania burning movie
„Płomienie” są thrillerem, który z opowiadania japońskiego pisarza wyciągnął wszystko, co najlepsze. Ogólny pomysł i metafora pozostają te same. Role bohaterów w znacznie rozbudowano, dokładniej przedstawiając ich emocje, zmieniając życiorysy, przestawiając wydarzenia tak, aby lepiej zbudować napięcie w tej dłuższej formie. Te same pozostały natomiast najważniejsze kwestie w opowiadaniu - choć ze względu na zmianę Japonii na Koreę, stodoły przemieniły się w szklarnie.


W filmie poza tym są elementy typowe dla powieści Murakamiego, przede wszsytkim chodzi o głównego bohatera. Jest samotny, wyobcowany, jego odizolowanie odzwierciedla również jego dom, stojący na głębokiej wsi, a Murakami właśnie na samotnych mężczyznach najczęściej skupia uwagę. Ponadto utrzymany został indywidualizm dziewczyny. Sposób wypowiadania i zachowania się bohaterów w „Płomieniach” też jest bardzo zbieżny z tym, jakie dialogi mógłby ułożyć Murakami, gdyby tylko „Spalenie stodoły” było powieścią. Myślę jednak, że autor stworzyłby inne zakończenie, ale nie oznacza to, że jednoznacznie mi się ono nie podobało.

Ciekawe było również przedstawienie środowiska Korei Południowej, kiedy życie bogatych spotkało życie zwykłych ludzi. Wyobcowanie o którym pisałam wyżej było uwidocznione właśnie w tym zjawisku, kiedy nagle młody pisarz (główny bohater) znalazł się obok zamożnego, wyniosłego mężczyzny, którego przypadkowo spotkała dziewczyna. Jego majątek potęguje uczucie nieufności wobec niego - widzimy, że jest bogaty, ale nie wiemy dlaczego, dlatego główny bohater mówi o nim 'Wielki Gatsby'.

Klimatem „Płomienie” kojarzą mi się z „Zaginioną dziewczyną”, którą uważam za świetny film; choć ta pierwsza ekranizacja ma w sobie większy spokój, niepokój bohaterów nie jest tak wyraźnie wyrażony przez zewnętrzne czynniki.
Choć przez wcześniejszą lekturę wiedziałam od początku, o co w przedstawionej historii chodziło, 148 minut filmu obejrzałam z ciekawością i w skupieniu. Chciałabym się jeszcze odwołać do swojej wcześniejszej uwagi o wnioskach z porównania opowiadania z filmem. Kiedy wyszłam z kina dotarło do mnie, że Murakami w kilkunastu stronach „Spalonych stodół” był w stanie przekazać mi tak właściwie te same emocje, które wywołał u mnie dobry, bardzo długi film. Choć te dwa dzieła różnią się od siebie, możemy rozpocząć poznawanie ich zarówno od przeczytania opowiadania, jak i od obejrzenia filmu. W obu przypadkach nic nie stracimy. 

czwartek, 23 sierpnia 2018

„Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach”, reż.John Cameron Mitchell - kilka zachwytów nad ekranizacją opowiadania Neila Gaimana

Podobny obraz
Źródło: https://i0.wp.com/www.ageratingjuju.com/wp-content/uploads/2018/05/How-to-Talk-to-Girls-at-Parties-Age-Rating-2018-Movie-Poster-Images-and-wallpapers.jpg?fit=1044%2C588&ssl=1

Prawie nigdy nie oglądam ekranizacji powieści, bo trudno znaleźć taką, która by wnosiła coś wartościowego do moich wyobrażeń i przemyśleń z lektury. Inaczej jest z opowiadaniami, które według mnie stanowią dla filmu świetną podkładkę; na dużym ekranie można wtedy rozbudować fabułę, lub lepiej zobrazować bohaterów dzięki dobrej grze aktorów. Dlatego bardzo podobała mi się ekranizacja „Tajemnicy Brokeback Mountain”, opowiadania Annie Proulx, które przekształciło się w film pod reżyserią Ang'a Lee - gra aktorska Heath'a Ledgera i Jake'a Gyllenhaala wyniosła napisaną przez Proulx historię na zupełnie inny poziom.
Dzisiaj jednak skupię się na innym sposobie przekuwania opowiadania w film, ponieważ miałam okazję obejrzeć „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach”, czyli ekranizację rozpoczynającą się sceną z opowiadania Neila Gaimana, a idącą w kierunku, który był już inwencją twórców filmu.




Opowiadanie „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” zostało wydane przez wydawnictwo Mag w zbiorze opowiadań „Rzeczy ulotne”. Jest to krótka historia o otwartej kompozycji, dotycząca dwóch chłopaków, którzy trafili na niewłaściwą imprezę. Jeśli kiedykolwiek czytaliście prace Gaimana, to możecie się domyślać, że musiało się tu wydarzyć coś dziwnego. Z dziewczynami na tytułowej prywatce jest "coś nie tak", a opowiadanie wydaje się nam mówić coś więcej, niż jak wyglądała niestandardowa noc z życia dwóch punków, jednak spotyka się to z wieloma interpretacjami. Twórcy filmu mieli własną, bardzo rozbudowaną - z niepozornego opowiadania stworzono wielotematyczne dzieło, zdecydowanie zdziwaczałe, ale poruszające w człowieku to coś, za co kocha się kinematografię.
Może to po prostu przedstawiony w „Jak podrywać dziewczyny na prywatkach” świat wciąga na tyle, że kiedy się w nim znajdujemy to odkrywamy coś nowego?

How to Talk to Girls at Parties Movie Review
Źródło: https://static.rogerebert.com/uploads/review/primary_image/reviews/how-to-talk-to-girls-at-parties-2018/hero_girls-parties.jpg
A oto tych kilka zachwytów, czyli dlaczego film poruszył mnie na tyle, że postanowiłam poświęcić mu trochę miejsca na tej stronie:


  • Jest to połączenie kilku gatunków, i ciężko ten film jednoznacznie sklasyfikować. Mamy tu wątek romantyczny, sporą dawkę science fiction, ktoś mógłby to też postrzegać jako dokumentalne przedstawienie czasów punku.
  • Czasy muzyki punkowej w Anglii i ideologia z nimi związana. Enn, główny bohater, nie czuje zainteresowania dziewczyną poznaną na imprezie tylko dlatego, że ma ją za dziwną. Dla niego uosabia ona ten nurt.
  • W związku z powyższym mamy ciekawy soundtrack.
  • Dużo tu abstrakcji, ale fabuła jest logiczna i zrozumiała.
  • Film jest szeroko zakrojoną interpretacją opowiadania, do którego każdy może sobie dużo dopowiedzieć; z filmem mamy to samo, widz może to rozbudować o swoje interpretacje. Jak (mniej więcej) powiedział w filmie Enn, zawodowiec w dziedzinie podrywu dziewczyn z nie swojej planety: „Jesteś ty, i jest dziewczyna, ale jak jesteście razem, to stajecie się jeszcze czymś innym.” Jest opowiadanie, i jest ten film, ale patrząc na nie całościowo, stają się one jeszcze czymś innym.
  • To się spodoba każdemu, kto jest fanem Gaimana, bo choć jest tu tylko niewielka część  jego twórczości, to taka historia równie dobrze mogłaby być fabułą powieści tego pisarza.
  • Eteryczna Elle Fanning w roli ukazującej delikatność i charakter jednocześnie.
  • Po co czytać to dalej, jakby się jeszcze wystarczająco wielu powodów ku obejrzeniu filmu nie miało? Nie ma już co śledzić wzrokiem tego układu słów, lepiej po prostu pójść do kina po własne wrażenia i myśli. Film podobno wywołał mieszane uczucia na festiwalu w Cannes, ale moje były jak najbardziej pozytywne.
Znalezione obrazy dla zapytania how to talk to girls at parties comic
Źródło: http://www.weseetheworldinbendaydots.com/uploads/7/5/7/0/75709061/how-to-talk-to-girls-at-parties-banner.jpg?1473810772


Mam nadzieję, że już rozumiecie, dlaczego lubię ekranizacje opowiadań. A jeśli Wy lubicie komiksy, to mam dobre wieści; opowiadanie Gaimana nie tylko było inspiracją do powstania filmu, zostało też przetworzone na formę obrazkową pod tym samym tytułem.