Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowieństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowieństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2018

„W jak głęboką samotność może człowieka wpędzić prawda” - „Śmierć Komandora. Pojawia się idea.”, Haruki Murakami. Recenzja

recenzje książek
W swojej pierwszej od pięciu lat powieści, Haruki Murakami zwyczajowo zabiera się za temat wyobcowania. Jego bohater to artysta, którego spotyka samotność, ale razem z nią pojawiają się w jego życiu wydarzenia niezwykłe.



 „By zniwelować gwałtowny strach czy cierpienie, albo przynajmniej je złagodzić, mobilizuje w pełni wszystkie uczucia i zmysłowe doznania, które ma akurat pod ręką. Tak samo tam, gdzie jest pożar, zanosi się wszystko co tylko można napełnić wodą.”

Jakbyście się czuli, mieszkając w domu legendy, człowieka, którego postać jest Wam równie bliska, co obca? Gdybyście zaczęli się obawiać, że Wasze losy potoczą się podobnie jak te nieszczęśnika z fikcji literackiej? A gdybyście mieli w domu ważny obraz niewiadomego znaczenia?
Całkiem sporo tych zagadek jak na jedną książkę...

Murakami to pisarz, który do perfekcji opanował piękne opisywanie codzienności. W pierwszym tomie „Śmierci Komandora” wprowadza nas w otoczenie japońskich gór i malarstwa, przeplata to muzyką operową i europejską kulturą, opowiadając nam życie postaci tylko z pozoru wiodącej spokojne, przyjemne życie. W rzeczywistości jest to historia tchnąca samotnością, ale też nadziejami, które pozostają w zawieszeniu; myślami na temat tego, czy człowiek nie jest przypadkiem tylko stertą prochu; odzwierciedleniem uczuć każdego wrażliwego człowieka, który oddali się na chwilę od serca społeczności, czyli miasta.


 „Można to porównać do trzęsienia ziemi powstającego głęboko na dnie morza. To świat ukryty przed ludzkim wzrokiem, nie dociera do niego światło słoneczne, innymi słowy, wielka zmiana ma miejsce na wewnętrznym terenie podświadomości. Jej efekty docierają na powierzchnię, wywołując reakcję łańcuchową i w końcu przyjmują widoczną dla nas formę.”


Niezwykle ważny aspekt tej powieści stanowi wnikliwa analiza procesu twórczego. Z racji tego, że główny bohater jest portrecistą, skupia się ona na malarstwie. Czytając o pracy mężczyzny odnosiłam wrażenie, jakby Murakami sam całe życie spędził przy płótnie - widocznym więc jest, jak wiele pracy autor włożył w odpowiednią kreację bohaterów. Nie dostajemy tylko powierzchownych informacji pokroju 'on lubił malować od zawsze, to był jego talent, który wszyscy zawsze dostrzegali' jak to było na przykład w „Art and Soul” i wielu innych powieściach, w których sztuka występowała tylko teoretycznie i pewnie na tylnej okładce. „Śmierć Komandora” to wszystkie oblicza życia artysty. Niechęć innych do jego pracy, czasem brak możliwości aby malować to, co się pragnie i rzeczywisty proces pracy malarza to istotne części tej powieści.

Przedstawiona tu historia toczy się z początku wolno, ale później coraz bardziej nabiera tempa. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z fikcją, co przez krótki moment nawet sprawiło na mnie wrażenie, jakby za tekst wziął się jakiś mało doświadczony w pisaniu Japończyk udający Neila Gaimana. Bo choć elementy nierzeczywiste uznaje się za nieodłączną część pisarstwa Murakamiego, według mnie to z tymi emocjonalnymi warstwami autor radzi sobie najlepiej. Nieprzyzwoicie wręcz dobrze.

W dzisiejszym tekście nie będzie podsumowania emocji i refleksji, jakie towarzyszyły mi w czasie lektury, ponieważ mowa tu jedynie o pierwszym tomie powieści, którą w Polsce rozdzielono na dwie osobne książki. Jednak po jej skończeniu od razu sięgnęłam po drugą, bo zbyt się związałam z opowieścią, aby móc przerwać ją jakąś inną - niech to póki co pozostanie moją rekomendacją.





 Haruki Murakami to japoński pisarz, eseista, i tłumacz amerykańskiej literatury. Zanim został pisarzem, prowadził jazzowy klub w Tokio. Impulsem do napisania książki był dla niego mecz bejsbolowy. Pierwszą napisał w wieku 30 lat na kuchennym stole, po pracy w barze. Kiedy ,,Słuchaj pieśni wiatru" wygrało pierwsze miejsce w literackim konkursie, Haruki zajął się pisaniem na poważnie. Regularnie bierze udział w maratonach. Według The Paris Review, Murakami uważa pisanie i muzykę za wewnętrzną podróż. Pragnął zostać muzykiem, jednak nie potrafił grać na żadnym z instrumentów, i jak można się domyślić, stanowiło to pewną przeszkodę.


liczba stron: 473. Książka wydana przez wydawnictwo Muza w 2018 roku. tłumaczenie:  Anna Zielińska-Elliott. tytuł oryginału: Kichidanchogoroshi Daiichibu. Arawareru idea hen

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Zagubiony w Nowym Jorku - „The Catcher in the Rye”, J.D. Salinger. Recenzja

za zamkniętymi okładkami
„Catcher in the Rye”, w Polsce występująca jako „Buszujący w zbożu”, to powieść wzbudzająca kontrowersje do tej pory, mimo że po raz pierwszy została wydana w 1915 roku. Przed jej przeczytaniem domyślałam się jedynie (błędnie) co w niej może wzbudzać w ludziach skrajne emocje. Oglądając film „Rozdział 27”, dotyczący zabójcy Johna Lennona, na którego „Buszujący w zbożu” miał ogromny wpływ, otrzymałam nietypową rekomendację - chciałam sprawdzić, co takiego obezwładniającego jest w tej powieści. Dzisiaj mam wrażenie, jakby wszystko, co mi się na jej temat wydawało, było omyłkowe.


 „I know that it sounds mean to say, but I don't mean it mean. I just mean that I used to think about old Spencer quite a lot, and if you thought about him too much, you wondered what the heck he was still living for. [...] That's what I mean. You take somebody old as hell, like old Spencer, and they can get a big bang out of buying a blanket.


 Fabuły w „The Catcher in The Rye” nie da się opisać tak jak w przypadku większości książek, określić jej. Zadaje się, że jest tu ona jedynie tłem dla myśli głównego bohatera, do tego stopnia, że czytelnik może odnosić wrażenie, jakby wcale nie szła ona na przód. Autor dał swojemu bohaterowi miejsce wydarzeń, czas i otaczających go ludzi, ale tak nastawił całą książkę na ważność narracji samej w sobie, że wszystko inne niknie.

Holden Caulfield to wyłamujący się ze swojego otoczenia nastolatek, z którym jednocześnie utożsamia się wielu czytelników. To typowy przypadek młodego zbuntowanego człowieka, który już nie pierwszy raz zostaje wyrzucony ze szkoły. Jednak przed powrotem do domu i zbliżającymi się świętami, zaczyna błądzić po mieście, dając Nam możliwość poznania siebie jako człowieka zagubionego i cierpiącego.

„"This is a people shooting hat," I said. "I shoot people in this hat."” 

Przez liczne sceny z życia chłopców z internatu, książka ma w sobie coś bardzo chłopięcego, tę prostą perspektywę postrzegania świata, zmąconą przez trudności wieku dojrzewania. Dodatkowo narracja Holdena jest pozbawiona literackiej poetyckości, bardziej przyjmuje ton konwersacji z czytelnikiem. Poza tym szesnastolatek ma skłonności do nazywania wszystkiego 'lousy' i 'phony', a co ciekawe, Salinger przyznaje, że w jakimś stopniu jest to powieść autobiograficzna: "My boyhood was very much the same as that of the boy in the book ... It was a great relief telling people about it."


Opowieść Holdena dotyczy więc przede wszystkim brutalności chłopięcego świata, dorastania, życia w Nowym Jorku. Mimo że Holden nie mówi wprost, co mogło przyczynić się do jego zachowania, nietrudno zauważyć, że wpływ na to miała strata bliskiej osoby połączona z negatywnym odbiorem świata. Motywami i tematem, do „The Catcher in the Rye” bardzo podobna jest „Norwegian Wood”, choć jednocześnie są to powieści kompletnie różne. Do mnie bardziej trafia książka Harukiego Murakamiego, ale klasykowi Salingera również nie można odebrać uroku.



„What really knocks me out is a book that, when you're all done reading it, you wish the author that wrote it was a terrific friend of yours and you could call him up on the phone whenever you felt like it. That doesn't happen much, though. I wouldn't mind calling this Isak Dinesen up. And Ring Lardner, except that D.B told me he's dead.”


Salinger, mogę do ciebie zadzwonić?




 Jerome David Salinger (ur.1919r., zm.2010r.) znany jest przede wszystkim z powieści „The Catcher in the Rye”, która po wydaniu w 1915 roku stała się natychmiastowym sukcesem. Służył w wojsku podczas II Wojny Światowej. Jego ostatnia praca wydana została w 1965 roku. Pisarz cenił swoją prywatność, i po „Buszującym w zbożu” starał się unikać rozgłosu.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Rodowód pełen magicznego temperamentu - ,,Sto lat samotności", Gabriel García Márquez. Recenzja

Istnieją na tym świecie książki dobre i genialne, oraz rodziny dziwne i dziwniejsze. ,,Sto lat samotności" to książka genialna, o najdziwniejszej z rodzin.

Przez złożoność tej powieści, postrzegam ją w dwóch wymiarach: w pierwszym jest to charyzmatyczna saga rodzinna zamknięta w świecie magii i klimatu Ameryki Południowej, w drugim mamy mroczne relacje rodzinne przepełnione kazirodczymi związkami i wylewającą się z książki samotność. Recenzję o dziejach rodu Buendia, obejmującą sześć pokoleń, zacznę od wymiaru optymistycznego, bo i od niego rozpoczy się ,,Sto lat samotności".

Gabriel Garcia Marquez przenosi nas do świata mieszkańców Macondo, którzy zainteresowani są wynalazkami - magnesem, teleskopem, lupą. Pierwszy mężczyzna z rodu Buendia, jakiego poznaje czytelnik, czyli Jose Arcadio Buendia, nieumiejętnie próbuje wykorzystać te przedmioty przy znajdowaniu złota i przeciwko wojsku nieprzyjaciela. Nie obywa się bez uszczerbku na zdrowiu i zadraśnięciu domowego budżetu. Jednak kiedy przez kolejne miesiące Jose Arcadio Buendia wznawia próby dowiedzenia czegoś wielkiego, zajmują go astrolabium, kompas i sekstans. Fascynacja tymi wynalazkami, dopiero co przybyłymi do oddalonego od wszystkiego Macondo, prowadzi go do przełomowego odkrycia :

,,Ziemia jest okrągła jak pomarańcza."

Na takie rewelacje cała osada reaguje wyzwaniem Josego Arcadia Buendii od szaleńców.
Jednak jeden człowiek dostrzega inteligencję mężczyzny, i powierza mu laboratorium alchemiczne. Kolejny niewypał i zmarnowane zasoby.
Wynalazki doprowadzają Josego Arcadia Buendię do niepowodzeń; mimo to dzięki wytrwałości i śmiałości badacza, udaje mu się stworzyć coś innego - dobrze prosperujące i szczęśliwe miasto. Macondo staje się miejscem samowystarczalnym, a jego tradycje nawiązują do zwyczajów rodzimego miasta pisarza.

Obraz miasta składa się na fundamenty tej powieści, jest jej tłem. Macondo wraz z rozwojem akcji zmienia się, jakby było odzwierciedleniem stanu psychicznego bohaterów w danym momencie. To właśnie tam jest centrum dziejów rodziny opisanej na kartach powieści Garcii Marqueza.

Mieszkańcy Macondo znajdą rozwiązanie na każdą zmorę. Kiedy osadę nawiedza plaga bezsenności, skutkująca utratą pamięci, ludzie zaczynają nalepiać kartki na wszystko składające się na ich codzienność, dlatego krowa ma na sobie informację:

,,To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem."

Kiedy zapomniane staje się też pismo, do Macondo przychodzi ktoś z zewnątrz i ratuje sytuację. Czasem to przepowiednia widziana w upadłym ze stołu garnku ratuje sytuację. Zawsze coś odwiedzie mieszkańców od zniszczenia. Przynajmniej do czasu.

Ważnym elementem tej książki jest historia Kolubmii. Wraz z wyniknięciem wojny domowej pod koniec XIX wieku, na Macondo spadają pierwsze poważne tragedie. W kraju ma miejsce konflikt Konserwatystów z Liberałami, na wskutek którego Liberałowie pragną wojny. Ma to wpływ nawet na oddaloną od wszystkiego osadę Macondo. Wśród zgodnych, żyjących bez politycznej namiętności ludzi, pojawia się jeden człowiek-podpałka, który przekonuje młode osoby do nienawiści wobec Konserwatystów. Kiedy syn Josego Arcadia Buendii staje się jedną z ważniejszych osobistości trwającego konfliktu, decyduje to również o przyszłym losie miasta; natomiast w czasach późniejszych, kiedy ,, Wielu [żołnierzy] nie wiedziało wcale, o co walczy", wojenne widmo w dalszym ciągu wisiało nad rodziną Buendich.

,,Nie rozumiał , że można potrzebować tylu słów na wytłumaczenie tego, co się czuje na wojnie, kiedy wystarczy tylko jedno: strach."

W książce ukazane są też odwieczne zjawiska wojnie towarzyszące. Niektórzy wraz ze zmianą siły przewodzącej, podporządkowują swoje opinie mającym większe wpływy - tak jest z adwokatami w czarnych ubraniach, broniących tych u władzy, a zaraz stających po stronie wygrywających.

Innym elementem historycznym jest konflikt z Kompanią Bananową, podczas którego do Kolumbii zjechali Amerykanie chcący się bogacić na hodowli bananów i wyzyskujący pracowników.

Rodzinę Buendich, opisaną na tym tle, cechują przede wszystkim temperament, bezustanne nadawanie męskim potomkom imion Aureliano lub Jose Arcadio, skłonności do kazirodztwa jak i tytułowa samotność. 

,,W długich dziejach rodziny uparte powtarzanie imion pozwoliło wyciągnąć decydujące wnioski. Aurelianowie byli skryci i trzeźwi, Jose Arcadiowie natomiast okazywali się impulsywni, przedsiębiorczy, lecz naznaczeni piętnem tragedii."

Są to ludzie o gorących uczuciach, często się zakochują, zazwyczaj uczuciem rwanym. Ciekawą koncepcję miłości ma jedna z bohaterek, uważająca, że ci niewarci oddania im serca to ,,mężczyźni, którzy nie zasługiwali na to, by dla nich jeść wapno ze ścian." Niecodzienna jest też opinia najpiękniejszej kobiety rodu Buendia:

,,Pomyśl, co za głupiec z niego. Mówi, że umiera z mego powodu, zupełnie jakbym była chorobą."

Mimo że Buendiowie stanowili postacie pełne charakteru, coś się wśród nich powoli, ale nieustępliwie, psuje. Według matki rodziny, jej ród nawiedzały cztery plagi: wojna, walki kogutów, kobiety lekkich obyczajów i obłąkańcze pomysły. Czy to właśnie przez te, czy inne czynniki, z Buendich wyrastają ludzie wyniszczeni brakiem uczucia i samotnością, postępujący nielogicznie i samobójcy.

Mimo że ,,Sto lat samotności" to powieść odpowiednia dla wymagających wiele czytelników i kunsztownie napisana, jest przystępna i ma w sobie urok bajki, którą dziecko chce czytać każdej nocy przed zaśnięciem, 'jeszcze ten jeden raz'. Ten wdzięk wynika pewnie z takiej wielości fantastycznych wydarzeń - cały czas się coś dzieje, zaś opisy uczuć bohaterów zostały sprowadzone do minimum, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Pod koniec dostajemy już bardziej rozbudowany obraz uczuć głównych bohaterów. 
Przez większość książki sposób opisywania wydarzeń Marqueza jest tak pocieszny, że nawet kiedy pisarz opowiada o chorobach śmiertelnych, nie wydają się one szczególnie warte naszego strachu.

,,Sto lat samotności" to pewnie najbardziej znana z kolumbijskich powieści, pełna uroku, skomplikowanych rodzinnych sytuacji, i magii. Warto ją poznać, choć większość czytelników będzie pewnie potrzebowała wygospodarować sobie na nią chwilę czasu. To książka wcale nie długa objętościowo (moje wydanie ma zaledwie 350 stron), a przepakowana treścią - chyba nigdy nie czytałam powieści tak skondensowanej, którą dałoby się znacznie rozciągnąć, a dalej nie byłaby przegadana. Właśnie to czyni ją lekturą dosyć wymagającą, i trzeba uważać, żeby w którymś momencie jej czytanie nie wydłużyło się nam do okresu stu lat.


,,...historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi."





Gabriel García Márquez to zmarły w 2014 roku kolumbijski powieściopisarz, dziennikarz i działacz społeczny, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku, za powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”. Jest to jeden z najbardziej znanych pisarzy realizmu magicznego. Jego powieść ,,Sto lat samotności" odnosi się do dziejów całego kontynentu Południowej Ameryki. Przyjaźnił się z kubańskim rewolucjonistą i dyktatorem Fidelem Castro. Syn pisarza, Rodrigo Garcia, jest znanym reżyserem.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Polski wymiar 'nie'sprawiedliwości - „Polska odwraca oczy”, Justyna Kopińska. Recenzja

Reportaże Justyny Kopińskiej to przede wszystkim droga do ukarania przestępcy, tam gdzie organy ścigania i sądy poruszają się jak w błocie, wolno i nieskutecznie, nie przykładając do spraw odpowiedniej wagi. Jednak dzięki dziennikarskiej interwencji, upublicznianiu przestępstw i nagłaśnianiu ich, często następuje przyspieszenie niezbędnych działań. Doniesień niewygodnych i spraw trudnych nie zamiata się już pod dywan.
W „Polska odwraca oczy” mamy również reportaże zwyczajnie poruszające, takie jak to opowiadające o niedosłyszącym młodym mężczyźnie, dla którego ciężko było wykopać drogę ku kształceniu się, pomimo muzycznego talentu. W Polsce lepiej nie być niepełnosprawnym.
Dzięki płynnemu i dynamicznemu stylowi, w którym mamy same konkrety, reportaże stanowią książkę, której warto poświęcić czas i myśli... poświęcić trzeba też nerwy, bo od większości opisanych wydarzeń robi się po prostu słabo.

Rozmowa z żoną Mariusza Trynkiewicza to z pewnością mocny wstęp. Podejmując rozmowę z dziennikarką, Anna prawdopodobnie starała się zmienić wizerunek poślubionego w więzieniu męża. Według niej to media rozpowszechniają fałszywe wiadomości o ,,jej Mariuszku" jako o psychopacie, w rzeczywistości ma to być po prostu były morderca - inteligenty, delikatny, znający historię i sztukę.
Jednak przez swoje niespotykane opinie, kobieta wywiera na czytelniku piorunujące wrażenie osoby, która zgubiła gdzieś swoją moralność i nie potrafiła jej znaleźć. Jako matka jest w stanie powiedzieć: „ Nawet gdyby ktoś zgwałcił czy zamordował moją córkę, to nie życzyłabym mu śmierci. Dwadzieścia pięć lat więzienia to również zbyt okrutna kara”. A przecież mówimy o zabójcy czterech nastolatków...
Pani Ania dokłada do tego opinię, że ci chłopcy po wyrośnięciu staliby się złoczyńcami; że nie poszliby do mieszkania Mariusza na obiecane im strzelanie z wiatrówki, gdyby tylko mieli rozum. Zdaniem „To była ich decyzja, że nie żyją” bezcześci swoją szansę na pozytywny odbiór jej wypowiedzi, i maluje siebie jako osobę omamioną przez męża, schwytaną w pułapkę olśniewającej osobowości człowieka, który wszystkich innych niepokoi.
Gdybym była bardziej cyniczna, może naszłaby mnie chęć powiedzenia pani Annie o innych wrażliwych więźniach znanych historii, takich jak Al Capone, który w Alcatraz do utworu czeskiego kompozytora napisał słowa „Boskie dźwięki humoreski, poruszacie i napełniacie moje serce...”. Czy jego też, przez tę urzekającą wrażliwość, chętnie by poślubiła? A może to prestiż tej postaci wpłynąłby na decyzję? Odpowiedzi na te kwestie podpowiedziałyby nam, skąd może wynikać absolutna obojętność wobec przeszłości człowieka, za którego postanowiła wyjść.

Inny raportaż dotyczy ordynator Annę M, na którą w gdańskim szpitalu psychiatrycznym pacjenci mówili ,,Hitler" lub ,,gestapowiec". Z jej polecenia nastolatków z oddziału XXIII przypinano pasami do łóżka na kilka miesięcy, podając im silne leki; zmuszano ich do biegu w bieliźnie i bez obuwia w kilkunastostopniowym mrozie; kazano bez powodu cały dzień stać na baczność na korytarzu; wyzywano i poniżano w okrutny sposób.
Ponieważ rozprawa w sądzie dotycząca jej znęcania odbyła się dopiero pięć lat po tych makabrycznych wydarzeniach, Anna M. mogła dalej prowadzić z pacjentami ,,leczenie", bez żadnego nadzoru. Policja i prokuratura działają w ten sposób również w sprawach zaginięć dzieci i morderstw - powoli, najlepiej jeśli wszystkie dowody zbiorą się same.
Justyna Kopińska w rozmowach z bliskimi ofiar, policjantami i prokuraturą przybliża czytelnikowi system, który stoi za tak nieumiejętnym ściganiem przestępców.
Okazuje się, że w pracy śledczych najważniejsze są statystyki. Dlatego średnia odnalezionych morderców jest w Polsce o ponad dwadzieścia procent wyższa, niż w innych krajach europejskich, stosujących lepsze metody. U nas większość spraw, gdzie są poważne przesłanki do podejrzewania zabójstwa, zamiast badana jest archiwizowana. Procenty muszą się zgadzać, inaczej policja w danym okręgu uważana jest za niekompetentną. Ambitnym śledczym, chcącym pracować nad dochodzeniami trudnymi, grozi się wyrzuceniem z pracy; tacy ludzie nie mieliby również szansy na awans. Liczy się ilość rozwiązanych spraw, na ich trudność się nie patrzy. Korzystne jest również klasyfikowanie przez prokuraturę morderstwa jako nieumyślnego spowodowania śmierci.

,,Z powodu przymusu podciągania statystyk, tych najbardziej  niebezpiecznych przestępców, którzy potrafili ukryć ciało i mogą zamordować ponownie, traktujemy najłagodniej."

Wymiar sprawiedliwości działa w taki sposób, że często nie ma nikogo, kto byłby winny odraczaniu sprawy i błędach w jej prowadzeniu. Przez przedłużanie pobytu bandytów na wolności, lista ofiar się wydłuża, jednak gdy dziennikarka dzwoni po informacje, chce dowiedzieć się, kto za tym stoi, słyszy tylko: ,,Proszę spytać policję", a potem ,,Nad sprawą nadzór miała prokuratura. My nie odpowiadamy na to pytanie". Kiedy kobieta dalej drąży, dostaje odpowiedź: ,,Może pani napisać pismo, a my odmówimy".

Ofiarom opisanym w reportażach często się nie wierzyło, w końcu do zeznań pacjentów szpitala psychiatrycznego, dzieci z biednych rodzin i więźniów, podchodzić trzeba z rezerwą. Kobiecie zgwałconej policjantka wmawiała, że zmyśla, i że trzeba było krzyczeć głośniej, a oprawcę kopać mocniej. Później umorzyła sprawę.
Nikt nie chciał uwierzyć dzieciom, że siostra zakonna pobiła kogoś do nieprzytomności, bo habit tworzy autorytet. O wielu bulwersujących sprawach w Polsce nie wiemy, dopiero dążąc do sprawiedliwości we własnej sprawie zauważamy, jak wadliwe jest prawo.

Gdy Anna M. źle traktowała pacjentów i skazywała ich na wymyślne kary, salowi i pielęgniarki jedynie obserwowali koszmar, przez który codziennie przechodzili nastolatkowie. Musiał minąć długi czas, zanim ktoś z nich w końcu odpowiednio zareagował i opowiedział o przestępstwach odpowiednim służbom. Policjanci wiedzą, że przymus trzymania się statystyk i nieskupianie na dobru ofiar to podły wymysł, jednak tak samo jak pielęgniarki w gdańskim szpitalu, boją się stracić pracę, jeśli nie posłuchają rozkazów z góry. Przez nieprzystosowanie prawa do rzeczywistości i bierność policjantów, liczba bandytów niepostawionych przed sądem ciągle wzrasta.
Czy aby tutaj nastąpiła jakaś zmiana, też będzie trzeba jeszcze długo czekać?



Justyna Kopińska to polska reporterka, socjolog, i dziennikarka pisząca dla Gazety Wyborczej. Jest laureatką wielu nagród - najbardziej prestiżowa to European Press Prize, otrzymana za reportaż ,,Oddział chorych ze strachu''. Dąży do prawdy i, jak mówi, nie zależy jej na rozmowach z ludźmi z pierwszych stron gazet, woli docierać do tych, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie, a nikt ich o nie nigdy nie zapytał.