Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępstwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępstwa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2019

„Pewnego razu... w Hollywood”. Dziewiąty film Quentina Tarantino

Ten film wyczekiwany był przez wielbicieli kina, fanów twórczości Tarantino i... mnie. Na to dzieło czekałam pewnie z rok. Wszystko za sprawą jednego z wątków, jaki miał być w nim poruszony. I mój entuzjazm nie osłabł też po przedpremierowym seansie, po którym moje myśli wciąż krążyły wokół tej historii, odtworzonej przez m.in. Brada Pitt'a, Leonardo DiCaprio i Margot Robbie.

Znalezione obrazy dla zapytania once upon a time in hollywood

Pewnego razu... pod koniec lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku.
Pewnego razu... w życiu pomniejszych gwiazd Hollywood.
Pewnego razu... w sąsiedztwie zamieszkiwanym przez Romana Polańskiego.
Pewnego razu... w środowisku hipisów.
Pewnego razu... Kiedy świetny reżyser spotkał się z najlepszymi aktorami, aby przed oczy widzów trafił dopracowany, pełen specyficznego humoru film.

Dziewiąty film Quentina Tarantino można nazwać komentarzem do zmieniającego się świata kina, bo w dużej mierze na tym oparta jest przedstawiona w nim historia. Jest poza tym wszystkim tym, o czym napisałam powyżej. Ale to też wiele emocji, zaskakujących scen i umiejętne pomieszanie fikcji z rzeczywistością.

Gdzie ta rzeczywistość? Zostaje nakreślona w postaciach Sharon Tate i Romana Polańskiego (zagranego zresztą przez Polaka - Rafała Zawieruchę); dlatego jeśli po przeczytaniu nazwiska aktorki przychodzi Wam do głowy jedynie jej ładna buzia lub pustka, to aby szerzej zrozumieć film, przed lub po jego obejrzeniu należy się przynajmniej krótko zapoznać z jej biografią.
Ale to nie jedyne osoby ze świata kina, które Tarantino postanowił wprowadzić do swojego filmu. Niektóre sceny z „Pewnego razu...” już wzbudziły wiele kontrowersji... Spróbujcie po obejrzeniu filmu wpaść na trop, o który moment może chodzić - ja bym się nie spodziewała, że właśnie ten jeden fragment wywołał sporo medialnego szumu. O co chodzi? Jeśli będziecie ciekawi, na pewno natraficie po krótkich poszukiwaniach na informację w internecie.

Kalifornia nie jest jedynie pięknym stanem pełnym osób, którym się powodzi, bo tam gdzie ogromny sukces, mieszka też upadek. I „Pewnego razu...” przedstawia ten problem, wykorzystując do tego fikcyjne, szybujące w dół kariery aktora i kaskadera. Żadnemu z mężczyzn nie można wmówić braku temperamentu, a historii szablonowości. Film nie bazuje na tanich chwytach, które z pewnością podekscytują widza - Tarantino sięga po własne środki, które czynią dzieło ciekawym, świeżym i po prostu innym.

Na sali kinowej widzowie reagują różnie: wzdychają, bluźnią, śmieją się, płaczą. Czasem wszystko na raz. Według mnie film wywołuje takie wyjątkowe emocje, bo podczas seansu dostajemy różne skrawki z życia mieszkańców Hollywood, które z pozoru ledwie się łączą. Kiedy jednak zaczynamy dostrzegać między nimi głęboką spójność, kiedy film gra całym sobą, muzyką, każdą mimiką aktora, żartem, nawiązaniem do przeszłości, które wiemy, że musi mieć jakieś znaczenie, wtedy zaczynamy go czuć. I to „czucie” się z nas... wylewa.

Ten film ma w sobie wyraziste sceny, a jednocześnie zrównoważony jest subtelnością postaci takich jak Sharon Tate czy występującym w pewnym momencie utworem, wyróżniającym się na tle innych. Ważny jest też przekaz, konkluzja, która się dla mnie wyłania po obejrzeniu całego filmu. Ale o tym może porozmawiajmy innym razem... Kiedy i Wy już pewnego razu będziecie w Hollywood.

czwartek, 23 maja 2019

Krótko o musicalu „Chicago”, reż. Rob Marshall


Jak wiele można wyrazić poprzez taniec i śpiew? Pierwsze jest w stanie przekazać różne uczucia ruchem, natomiast drugie może już służyć jako sposób opowiadania historii od początku do końca. Jednak gdy połączy się te elementy i doda kamerę, wyjdzie nam musical, czyli film, którego klimat zazwyczaj utrzymany jest w realiach zdecydowanie bardziej baśniowych, niż w innych gatunkach filmowych: tak jest na przykład ze sławnymi "Moulin Rouge!" i "La La Land". I tak też jest w przypadku filmu z 2002 roku, nominowanego do 13 Oskarów Chicago.
Podobny obraz
źródło: emmasrandomthoughts.wordpress.com

Chicago to realia tytułowego miasta lat 20. XX wieku z perspektywy więźniarek. Już sam ten temat w połączeniu z zabawowym klimatem filmu wywołuje w nas ciekawość... Powstały na podstawie przedstawienia teatralnego musical nie skupia się jednak na zobrazowaniu życia w więzieniu, a na sławie. Można ją zyskiwać, tracić, walczyć o nią. Ale trafiających do więzienia morderczyń z początku interesuje coś zupełnie innego - uniewinnienie. To uzasadnione pragnienie szybko jednak zmienia się w żądzę sławy, gdy uznany prawnik chce stworzyć dla winnych kobiet odpowiedni wizerunek medialny. Odpowiedni znaczy taki, którego będą chcieli ludzie. Kiedy ludzie staną się zauroczeni zbrodniarkami, droga więźniarek do wolności stanie się prosta.



Znalezione obrazy dla zapytania chicago rob marshall
żródło: The Mind Reels






Film jest dobrze zrealizowany, mam trochę wrażenie, że czasami aż „za dobrze”, ponieważ w połączeniu z moim oglądaniem wszystkiego w skupieniu, scen, które były wytańczone i wyśpiewane, było aż za wiele. Ale taka też jest po prostu cecha filmów bardzo dopracowanych, w których jest wiele elementów czysto artystycznych.

W fabule "Chicago" nie ma miejsca na uczciwość, sprawiedliwość. To świat, w którym triumfuje ułuda i ludzie potrafiący odnaleźć się na scenie. To tak, jak w rzeczywistości: ci, którzy potrafią najlepiej się zaprezentować, osiągają największe sukcesy, niezależnie od prawdy o ich życiu.


https://mindreels.files.wordpress.com/2015/08/rene.jpg
źródło: Pinterest
Niektórzy twórcy filmu: Rob Marshall, Renee Zellweger, Catherine Zeta-Jones, Queen Latifah, Richard Gere, John C. Reilly, Colleen Atwood, Bill Condon, John Myhre

poniedziałek, 20 maja 2019

Wyczaruj mi zbrodnię - „Czarownice z Salem Falls”, Jodi Picoult. Recenzja

za zamkniętymi okładkami recenzje książek
Picoult, czyli pisarka, której kilka lat temu poświęciłam sporo czasu. Fabuły jej książek, a w nich problemy bohaterów, które wiązały się z sądami, były dla mnie i dla mojej koleżanki czymś świeżym, po co zawsze sięgałyśmy z przyjemnością.
Chciałam przekonać się, czy powieści Jodi Picoult dalej są dla mnie jak magia, więc sięgnęłam po nic innego, jak po ”Czarownice z Salem Falls”.

„Podwodny świat kusił swoją metamorficzną niezwykłością: człowiek poruszał się w nim powoli, bardzo powoli i nabierał nadziei, że może dzięki temu nigdy nie będzie musiał wydorośleć."

W kowenie z Salem Falls niewątpliwie są dziewczyny o czarującej urodzie. Jak u nich z rzucaniem zaklęć, mnie - nie-czarownicy - ciężko stwierdzić, ale jakoś wiążą koniec z końcem. Dzięki czarom są w stanie się zemścić, a skrywana tajemnica powoduje u nich poczucie wyższości nad lokalną społecznością. Ta nastoletnia chęć bycia innym od wszystkich wymyka się jednak spod kontroli, kiedy dziewczyny obchodzą w lesie święto czarownic...
Poza przedstawieniem nam tytułowych bohaterek, Picoult przybliża nam również postać Jacka, który z początkowej perspektywy mieszkańców Salem Falls wziął się znikąd. My jednak wiemy, że wziął się z więzienia, a i miejscowi też się niedługo o tym dowiedzą. A dla człowieka skazanego za gwałt na nieletniej nie przewidzieli miejsca w swojej małej, spokojnej społeczności.

„Na północy żyje eskimoski lud Inuitów. Według ich wierzeń gwiazdy są tak naprawdę dziurami w niebie, a ich blask to znak, że ci, których kochaliśmy, są szczęśliwi w zaświatach.”


Historia z „Czarownic...” łączy w sobie wiele ludzkich żyć. Każde z nich nosi na sobie zadrapania, ale nie każde miało związek ze zbrodnią. Ale w Salem Falls największy problem polega na tym, że wymiarowi sprawiedliwości trudno jest patrzeć sprawiedliwie. Wszystko na sali rozpraw wydaje się być zmyślone, ława przysięgłych zdaje się więc bardziej ufać dawnym wyrokom niż sobie.

Pisarka jak zwykle przedstawia ważne kwestie z sobie tylko znaną lekkością i zrozumieniem. W tej powieści najważniejsze punkty stanowią podejście sądów i społeczeństwa do gwałtów i nietolerancja w stosunku do byłych więźniów. Picoult nigdy nie stawia tylko na jedną perspektywę, ale pokazuje, że żadna sprawa nie jest czarno-biała, bo każda historia nosi w sobie czyjąś tragedię. Być może wiąże się ona z relacjami w rodzinie, może z miłością, ze zbrodnią. Żadne rozwiązanie, nawet wydane przez najsprawiedliwszy sąd, nie sprawi, że każdy z ludzi biorących udział w rozprawie poczuje się sprawiedliwie osądzony.

„Byli więźniowie też muszą gdzieś mieszkać. Nie można ich zaganiać w stada i zmykać w rezerwatach.”

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, autorka wielu bestsellerowych powieści, mama trójki dzieci mieszkająca w New Hampishire. W swoich książkach najczęściej podejmuje tematy związane ze sprawiedliwością. Pięć jej powieści doczekało się ekranizacji, w tym głośne „Bez mojej zgody”. Czasami korzysta z postaci wykreowanego przez siebie bohatera w kilku książkach.

czwartek, 24 stycznia 2019

„Płomienie” w reżyserii Chang-donge'a Lee i opowiadanie Harukiego Murakamiego. Dlaczego warto poświęcić im uwagę?

za zamkniętymi okładkami burning movie



Niedawno w kinach pojawił się film „Płomienie”, będący ekranizacją opowiadania „Spalenie stodoły” japońskiego pisarza Harukiego Murakamiego ze zbioru zatytułowanego „Zniknięcie słonia”. Film jest produkcji koreańskiej i jest tegorocznym kandydatem do Oskara Korei Południowej. Równie dobry co opowiadanie, czy może nawet lepszy?

W ubiegłym roku pisałam o ekranizacji opowiadania Neila Gaimana, gdzie opisywałam również, dlaczego lubię właśnie ekranizacje opowiadań, nie powieści. Zwyczajnie łatwiej wtedy wypaść filmowi dobrze, ponieważ kiedy porównujemy powieść z jej ekranizacją, może ona być co najwyżej równie dobra, co książka. W przypadku opowiadań jest inaczej, bo reżyser rozbudowuje treści, zamiast je ciąć; przy tym cięciu czasem gdzieś ginie głębia. Jednak w przypadku „Płomieni” porównanie filmu z opowiadaniem daje nam wnioski, których się nie spodziewałam. Ale o tym później ... 

za zamkniętymi okładkami recenzje książek

Zacznijmy od opowiadania, bo to od niego się wszystko zaczęło. Przedstawia ono pewną historię z perspektywy trzydziestojednoletniego mężczyzny, który na weselu znajomego poznaje dziewczynę. Jest ona postacią typową dla bohaterów Murakamiego, to znaczy stanowi pewną osobliwość, a bohatera napawa ciekawością. Z biegiem wydarzeń kobieta poznaje jeszcze jednego mężczyznę, przez którego zmienia się życie mężczyzny i kobiety. Opowiadanie zawiera w sobie metaforę, którą pojmujemy wraz z jego ostatnim zdaniem. Jest to opowieść tajemnicza, atmosferą przypominała mi powieść „Tańcz, tańcz, tańcz”. Niewątpliwie pozostawia w czytelniku wiele emocji.

Znalezione obrazy dla zapytania burning movie
„Płomienie” są thrillerem, który z opowiadania japońskiego pisarza wyciągnął wszystko, co najlepsze. Ogólny pomysł i metafora pozostają te same. Role bohaterów w znacznie rozbudowano, dokładniej przedstawiając ich emocje, zmieniając życiorysy, przestawiając wydarzenia tak, aby lepiej zbudować napięcie w tej dłuższej formie. Te same pozostały natomiast najważniejsze kwestie w opowiadaniu - choć ze względu na zmianę Japonii na Koreę, stodoły przemieniły się w szklarnie.


W filmie poza tym są elementy typowe dla powieści Murakamiego, przede wszsytkim chodzi o głównego bohatera. Jest samotny, wyobcowany, jego odizolowanie odzwierciedla również jego dom, stojący na głębokiej wsi, a Murakami właśnie na samotnych mężczyznach najczęściej skupia uwagę. Ponadto utrzymany został indywidualizm dziewczyny. Sposób wypowiadania i zachowania się bohaterów w „Płomieniach” też jest bardzo zbieżny z tym, jakie dialogi mógłby ułożyć Murakami, gdyby tylko „Spalenie stodoły” było powieścią. Myślę jednak, że autor stworzyłby inne zakończenie, ale nie oznacza to, że jednoznacznie mi się ono nie podobało.

Ciekawe było również przedstawienie środowiska Korei Południowej, kiedy życie bogatych spotkało życie zwykłych ludzi. Wyobcowanie o którym pisałam wyżej było uwidocznione właśnie w tym zjawisku, kiedy nagle młody pisarz (główny bohater) znalazł się obok zamożnego, wyniosłego mężczyzny, którego przypadkowo spotkała dziewczyna. Jego majątek potęguje uczucie nieufności wobec niego - widzimy, że jest bogaty, ale nie wiemy dlaczego, dlatego główny bohater mówi o nim 'Wielki Gatsby'.

Klimatem „Płomienie” kojarzą mi się z „Zaginioną dziewczyną”, którą uważam za świetny film; choć ta pierwsza ekranizacja ma w sobie większy spokój, niepokój bohaterów nie jest tak wyraźnie wyrażony przez zewnętrzne czynniki.
Choć przez wcześniejszą lekturę wiedziałam od początku, o co w przedstawionej historii chodziło, 148 minut filmu obejrzałam z ciekawością i w skupieniu. Chciałabym się jeszcze odwołać do swojej wcześniejszej uwagi o wnioskach z porównania opowiadania z filmem. Kiedy wyszłam z kina dotarło do mnie, że Murakami w kilkunastu stronach „Spalonych stodół” był w stanie przekazać mi tak właściwie te same emocje, które wywołał u mnie dobry, bardzo długi film. Choć te dwa dzieła różnią się od siebie, możemy rozpocząć poznawanie ich zarówno od przeczytania opowiadania, jak i od obejrzenia filmu. W obu przypadkach nic nie stracimy. 

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Wyspa szaleńców - „And then there were none”, Agatha Christie. Recenzja

And then there were none - Ten little Indians
Agatha Christie, mimo popularności, jaką cieszą się dzisiaj powieści kryminalne, wciąż pozostaje niekwestionowaną królową gatunku. Pisała książki nieprzepakowane wątkami zbędnymi, skupiające uwagę czytelnika tylko na tych poczynaniach bohaterów, które związane były ze śledztwem, a mimo to jej zagadki i tak pozostawały nierozwiązane do ostatnich stron. Mimo tych walorów, które dotyczą również „And then there were none” (w Polsce ,,I nie było już nikogo"), mi w tej krótkiej powieści przypadł do gustu przede wszystkim pomysł.

„One little Indian boy left all alone;
He went and hanged himself and then there were none.”

Niewiele osób czułoby się komfortowo, gdyby pozostawiono Nas z grupą obcych w miejscu bez wyjścia, i kiedy doskwierałby Nam brak możliwości kontaktu ze światem. Taką sytuację opisuje Christie w powieści, której bohaterowie chyba woleliby już znaleźć się na wyspie bezludnej, niż na takiej wśród innych ludzi. Może nie doskwierała im samotność, ale za to znaleźli się w domu nieodgadnionego właściciela, gdzie stali się ofiarami wyszukanej intrygi. W tej historii nikt się nawet specjalnie nie zastanawia, dlaczego morderca posługuje się wzorem z rymowanej wyliczanki dla dzieci. Oszołomieni bohaterowie, z biegiem wydarzeń w głowach zaczynają mieć jedynie czystą panikę, która pomaga w szybkim reagowaniu, ale nie w przeprowadzaniu głębokich analiz. Jedyne, co się zaczyna liczyć, to przetrwanie.Tylko kto jest mordercą, i jak w ogóle wszystkie przedstawione wydarzenia są w stanie być zaplanowane z góry przez jeden umysł?


"Remember this island when I was a kid. Never thought I'd be doing this sort of a job in a house here. Good thing, perhaps, that one can't foresee the future...'"

Jedno nie ulega wątpliwości - żeby stworzyć taką historię, Christie musiała mieć umysł genialny. Zdania na temat powieści są różne, a według mnie zarówno osoby ją chwalące, jak  i zaznaczające niepodobające im się aspekty, mają rację - wszystko zależy od naszego podejścia.
Jako jeden z mankamentów podaje się brak możliwości polubienia bohaterów, spowodowany przez niewielką ilość opisów dotyczących ich osobowości. Jak jednak pisałam wyżej, Christie skupia się na intrydze. Mogę dodać, że bardzo podoba mi się uzyskany przez to efekt - w opisach śmierci boahterów nie ma jednej wielkiej i niepotrzebnej makabry, przez którą rzadko sięgam po powieści z tego gatunku...
W każdym razie przez popularność książki, najpewniej samemu warto się przekonać o jej wnętrzu.
Po „And then there were none”, biorąc pod uwagę niestraszący trudnością język, można sięgnąć w oryginale, aby jak najlepiej wczuć się w klimat ogarniętej paniką angielskiej wyspy. To nie tylko dobry kryminał, ale też rzetelne, choć niewielkie objętościowo, studium zachowań ludzi owładniętych strachem. Christie nie zawodzi.




Agatha Christie (ur.1890 roku, zm.1976) - Agatha Mary Clarissa Miller Christie, brytyjska autorka powieści kryminalnych i obyczajowych. Napisała 66 powieści detektywistycznych i 6 romansów pod nazwiskiem Mary Westmacott; wydnano też 14 zbiorów jej opowiadań. Najlepiej sprzedająca się autorka wszech czasów - sprzedano ponad dwa miliardy egzemplarzy jej powieści. „And there were none” to najlepiej sprzedająca się na świecie powieść kryminalna. Twórczyni detektywa Poirot'a.

 


poniedziałek, 24 września 2018

Kot jako poczucie winy - „The Black Cat”, Edgar Allan Poe. Recenzja

Okładka książki: https://i.ebayimg.com/images/g/h-gAAOSwNOJan--m/s-l300.jpg
The Black Cat” to jedno z najsłynniejszych opowiadań Poe'go, autora szeroko znanego w Stanach Zjednoczonych, skąd pisarz pochodził, a zdecydowanie mniej rozpoznawalnego w Polsce. Mimo że jestem miłośnikiem tego pisarza i poety, to z pewnej przyczyny nieznane są mi niektóre z jego głośniejszych tytułów - Poe'go polubiłam prawdopodobnie od pierwszego napisanego przez niego zdania, na jakie udało mi się natknąć... Niepotrzebna mi w tym przypadku była znajomość całego kanonu, aby wiedzieć, że się w jego twórczości dobrze odnajduję, bo z niektórymi twórcamii szczególny rodzaj więzi wyczuwa się od razu.

Podobnie jak od razu spodobała mi się twórczość Poe'go, od razu spodobało mi się opowiadanie „The Black Cat” - bo narrator przypomniał mi szaleńca z ulubionego „The tell-tale heart(Serce - oskarżycielem).

„For the most wild yet most homely narrative which I am about to pen, I neither expect nor solicit belief. Mad indeed would I be to expect it, in a case where my very senses reject their own evidence. Yet, mad am I not—and very surely do I not dream.

Dla porównania wspomniane „The Tell Tale Heart”: 

,,True! -- nervous --very, very dreadfully nervous I had been and am; But why will you say that I am mad? The disease had sharpened my senses --not destoyed-- not dulled them. Above all was the sense of heraing acute. I heard all things in the heaven and in the earth."

Po dalszym zapoznaniu się z opowiadaniem można zauważyć, że ma ono ze wspomnianym ,,Sercem - oskarżycielem" więcej wspólnego, niż tylko rozpoczęcie. Przede wszystkim oba utwory dotyczą poczucia winy - jego symbolem jest dla bohatera ,,The Black Cat" właśnie czarny kot, będący dla mężczyzny uosobieniem wyrządzonego przez niego zła, prześladującą go istotą.

Narratorem opowiadania jest mężczyzna, o którym tak naprawdę zbyt wiele nie wiemy. Poznajemy go jako miłośnika zwierząt, szczęśliwego małżonka, a zmiany w jego psychice przedstawione są czytelnikowi poprzez pryzmat jego zbrodni.

Czytanie Poe'go nie jest proste dla nikogo, kto nie ma wprawy w rozumieniu tekstów angielskich z dziewiętnastego wieku - me included. Jednak jeśli chcemy zdobyć dowolność w wybieraniu tekstów literackich w języku obcym, to warto trochę czasu poświęcić gimnastykowaniu umysłu, a opowiadania są do tego dobrą podkładką. Nie musimy się obawiać klątwy odłożenia książki niedoczytanej, 'bo była za trudna', bo opowiadanie jest formą niedługą, której nie poświęcimy kilku dni, a poza tym zawsze możemy, np. na Wolnych Lekturach, sprawdzić polskie tłumaczenie, i wyjaśnić zdania o zagadkowych, niedzisiejszych konstrukcjach.
Zachęcam do sięgnięcia po Poe'go po angielsku, bo warto mieć kontakt z czymś tak kunsztownym... Już któreś spotkanie z kolei mam z tym pisarzem tak, że po kilku pierwszych zdaniach nie mogę się powstrzymać od czytania na głos, tak aby móc się w pełni napawać dźwięcznością tekstu.
Niemniej jednak, dla nieczujących się w tym języku dobrze nie jest to nic straconego, bo tłumaczeniem na polski Poe'go zajmowali się najczęściej wybitni literaci, co widać, i słychać, i czuć.

„The Black Cat” to jak na Poe'go dzieło bardzo przystępne, będące obrazem ludzkiej tragedii, która może nam się w pewnych aspektach wydawać nierealna, a jednocześnie nie ma tu elementów fantastycznych. Opowiadanie nazywane w czasach swojego powstania wulgarnym, które stało się elementem rozpoznawczym jednego z wybitniejszych twórców grozy. Dzieje mężczyzny, który przez alkohol zaczął odczuwać silną potrzebę wyrządzania zła...



Edgar Allan Poe (1809-1849) - przedstawiciel romantyzmu literatury amerykańskiej. Zapoczątkował gatunek noweli kryminalnej. Jako twórca inspirował m.in. Dostojewskiego. Pierwszy dobrze znany Amerykanin, który próbował żyć samym pisaniem. Życie prywatne tego mężczyzny często naznaczone było cierpieniem. Do dzisiaj spekuluje się nad powodami tragicznej śmierci pisarza.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zbrodnia i owca - ,,Triumf owiec", Leonie Swann. Recenzja

,,Owce lubiły opowieści, w których występowały owce - niestety takich historii było o wiele za mało i zwykle owce pojawiały się tylko gdzieś w tle."

Owce lubią opowieści o sobie, ludzi powinny więc cieszyć historie o ludziach. Tymczasem okazuje się, że darzymy sympatią również te owcze opowieści, co pokazała ilość sprzedanych egzemplarzy pierwszej książki Leonie Swann dotyczącej tych zwierząt, zatytułowanej „Sprawiedliwość owiec”. Ja jednak najpierw sięgnęłam po Triumf owiec”, a wcześniejsza nieznajomość stada nie utrudniała lektury. 

Książka z założenia jest thrillerem, i choć ma w sobie elementy tego gatunku, i składa się na nie sama fabuła powieści, to postawienie owiec w roli głównych bohaterów, czyni z niej istną komedię. 
Owce wyprowadzają się z Irlandii, aby znaleźć się na francuskim pastwisku zimowym, gdzie ludzie mówią po niezrozumiałemu europejsku, a kozy z pastwiska obok śmierdzą i wiecznie pragną szaleństwa. Pasterka czyta im książki przed przyczepą, tak jak robił to ich dawny właściciel, ale wiele "Rzeczy" w ich życiu się zmieniło. Nie ma już bryzy pobliskiego morza, a jedynie nieprzenikniony las i chłód śniegu oraz zamek służący dawniej za szpital psychiatryczny. Do tego tajemnica Garou. Czym on jest? Nikt nie wie, ale podobno Garou krzywdzi owce, i to wystarczy, aby bohaterowie z raciczkami wszczęli śledztwo w tej sprawie - a to wszystko pod niczego nie podejrzewającymi oczami pasterki i policji. Jednak ich metody detektywistyczne są nieco różne od ludzkich...

Owce i kozy przedstawione w książce Leonie Swann, mimo że dano im umiejętność mówienia między sobą i rozumienia mowy ludzkiej, inaczej niż ludzie świat pojmują. Brakuje im wiedzy o kulturze i języku, a także ludzkich obyczajach i naturze, przez co patrzą na nas jak na postępujące zupełnie nielogicznie istoty, wygadujące głupoty. W powieści jednak nigdy nie otrzymamy informacji, że zwierzęta czegoś z naszego świata po prostu nie rozumieją. Zamiast tego przyjmują wszystko na swój rozum, przez co książka staje się językową i fabularną komedią:


,,Jej okno wychodzi na pastwisko. Czy po waszym pastwisku chodzi jakieś okno? Bo po naszym nie. Ona kłamie!"

,,Komoda była jakby takim jagnięciem szafy."

Tę książek, pisaną z niestandardowego punktu widzenia, polubiłam też, bo przez swoją formę uwrażliwia nas na emocje zwierząt, które wielu ignoruje. Tak się dzieje na przykład za sprawą wątku z polowaniem z nagonką, gdzie narracja toczy się ze strony ofiary.

Książka jako thriller ma swoje mankamenty. Na przykład właściwa wartka akcja zaczyna się dopiero w połowie i poprzedzona jest raczej opisami życia owiec, niż treściwą fabułą. Zwierzęta te są oczywiście bardzo urokliwe, jednak sprawdzają się bardziej jako bohaterowie czegoś większego, niż postacie biografii. Mimo to, jako całość Triumf owiec wypada według mnie bardzo dobrze - z chęcią przeczytam pozostałe książki autorki, bo jestem urzeczona oryginalnością jej twórczości.


 Leonie Swann jest niemiecką pisarką. Studiowała psychologię marketingu i reklamy, filozofię i literaturoznawstwo. To temat jej pracy doktorskiej, rola zwierząt w literaturze angielskiej, skłonił ją do napisania ,,Sprawiedliwości owiec". W kolejnych wydanych przez wydawnictwo Amber książkach autorki, ,,Krocząc w ciemności" i Pazur sprawiedliwości", zwierzęta również odgrywają ważną rolę.


tytuł oryginału: Garou: Ein Schaf-Thriller. wydana w 2010 roku przez wydawnictwo Amber. tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer. liczba stron: 462

poniedziałek, 30 lipca 2018

Rodowód pełen magicznego temperamentu - ,,Sto lat samotności", Gabriel García Márquez. Recenzja

Istnieją na tym świecie książki dobre i genialne, oraz rodziny dziwne i dziwniejsze. ,,Sto lat samotności" to książka genialna, o najdziwniejszej z rodzin.

Przez złożoność tej powieści, postrzegam ją w dwóch wymiarach: w pierwszym jest to charyzmatyczna saga rodzinna zamknięta w świecie magii i klimatu Ameryki Południowej, w drugim mamy mroczne relacje rodzinne przepełnione kazirodczymi związkami i wylewającą się z książki samotność. Recenzję o dziejach rodu Buendia, obejmującą sześć pokoleń, zacznę od wymiaru optymistycznego, bo i od niego rozpoczy się ,,Sto lat samotności".

Gabriel Garcia Marquez przenosi nas do świata mieszkańców Macondo, którzy zainteresowani są wynalazkami - magnesem, teleskopem, lupą. Pierwszy mężczyzna z rodu Buendia, jakiego poznaje czytelnik, czyli Jose Arcadio Buendia, nieumiejętnie próbuje wykorzystać te przedmioty przy znajdowaniu złota i przeciwko wojsku nieprzyjaciela. Nie obywa się bez uszczerbku na zdrowiu i zadraśnięciu domowego budżetu. Jednak kiedy przez kolejne miesiące Jose Arcadio Buendia wznawia próby dowiedzenia czegoś wielkiego, zajmują go astrolabium, kompas i sekstans. Fascynacja tymi wynalazkami, dopiero co przybyłymi do oddalonego od wszystkiego Macondo, prowadzi go do przełomowego odkrycia :

,,Ziemia jest okrągła jak pomarańcza."

Na takie rewelacje cała osada reaguje wyzwaniem Josego Arcadia Buendii od szaleńców.
Jednak jeden człowiek dostrzega inteligencję mężczyzny, i powierza mu laboratorium alchemiczne. Kolejny niewypał i zmarnowane zasoby.
Wynalazki doprowadzają Josego Arcadia Buendię do niepowodzeń; mimo to dzięki wytrwałości i śmiałości badacza, udaje mu się stworzyć coś innego - dobrze prosperujące i szczęśliwe miasto. Macondo staje się miejscem samowystarczalnym, a jego tradycje nawiązują do zwyczajów rodzimego miasta pisarza.

Obraz miasta składa się na fundamenty tej powieści, jest jej tłem. Macondo wraz z rozwojem akcji zmienia się, jakby było odzwierciedleniem stanu psychicznego bohaterów w danym momencie. To właśnie tam jest centrum dziejów rodziny opisanej na kartach powieści Garcii Marqueza.

Mieszkańcy Macondo znajdą rozwiązanie na każdą zmorę. Kiedy osadę nawiedza plaga bezsenności, skutkująca utratą pamięci, ludzie zaczynają nalepiać kartki na wszystko składające się na ich codzienność, dlatego krowa ma na sobie informację:

,,To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem."

Kiedy zapomniane staje się też pismo, do Macondo przychodzi ktoś z zewnątrz i ratuje sytuację. Czasem to przepowiednia widziana w upadłym ze stołu garnku ratuje sytuację. Zawsze coś odwiedzie mieszkańców od zniszczenia. Przynajmniej do czasu.

Ważnym elementem tej książki jest historia Kolubmii. Wraz z wyniknięciem wojny domowej pod koniec XIX wieku, na Macondo spadają pierwsze poważne tragedie. W kraju ma miejsce konflikt Konserwatystów z Liberałami, na wskutek którego Liberałowie pragną wojny. Ma to wpływ nawet na oddaloną od wszystkiego osadę Macondo. Wśród zgodnych, żyjących bez politycznej namiętności ludzi, pojawia się jeden człowiek-podpałka, który przekonuje młode osoby do nienawiści wobec Konserwatystów. Kiedy syn Josego Arcadia Buendii staje się jedną z ważniejszych osobistości trwającego konfliktu, decyduje to również o przyszłym losie miasta; natomiast w czasach późniejszych, kiedy ,, Wielu [żołnierzy] nie wiedziało wcale, o co walczy", wojenne widmo w dalszym ciągu wisiało nad rodziną Buendich.

,,Nie rozumiał , że można potrzebować tylu słów na wytłumaczenie tego, co się czuje na wojnie, kiedy wystarczy tylko jedno: strach."

W książce ukazane są też odwieczne zjawiska wojnie towarzyszące. Niektórzy wraz ze zmianą siły przewodzącej, podporządkowują swoje opinie mającym większe wpływy - tak jest z adwokatami w czarnych ubraniach, broniących tych u władzy, a zaraz stających po stronie wygrywających.

Innym elementem historycznym jest konflikt z Kompanią Bananową, podczas którego do Kolumbii zjechali Amerykanie chcący się bogacić na hodowli bananów i wyzyskujący pracowników.

Rodzinę Buendich, opisaną na tym tle, cechują przede wszystkim temperament, bezustanne nadawanie męskim potomkom imion Aureliano lub Jose Arcadio, skłonności do kazirodztwa jak i tytułowa samotność. 

,,W długich dziejach rodziny uparte powtarzanie imion pozwoliło wyciągnąć decydujące wnioski. Aurelianowie byli skryci i trzeźwi, Jose Arcadiowie natomiast okazywali się impulsywni, przedsiębiorczy, lecz naznaczeni piętnem tragedii."

Są to ludzie o gorących uczuciach, często się zakochują, zazwyczaj uczuciem rwanym. Ciekawą koncepcję miłości ma jedna z bohaterek, uważająca, że ci niewarci oddania im serca to ,,mężczyźni, którzy nie zasługiwali na to, by dla nich jeść wapno ze ścian." Niecodzienna jest też opinia najpiękniejszej kobiety rodu Buendia:

,,Pomyśl, co za głupiec z niego. Mówi, że umiera z mego powodu, zupełnie jakbym była chorobą."

Mimo że Buendiowie stanowili postacie pełne charakteru, coś się wśród nich powoli, ale nieustępliwie, psuje. Według matki rodziny, jej ród nawiedzały cztery plagi: wojna, walki kogutów, kobiety lekkich obyczajów i obłąkańcze pomysły. Czy to właśnie przez te, czy inne czynniki, z Buendich wyrastają ludzie wyniszczeni brakiem uczucia i samotnością, postępujący nielogicznie i samobójcy.

Mimo że ,,Sto lat samotności" to powieść odpowiednia dla wymagających wiele czytelników i kunsztownie napisana, jest przystępna i ma w sobie urok bajki, którą dziecko chce czytać każdej nocy przed zaśnięciem, 'jeszcze ten jeden raz'. Ten wdzięk wynika pewnie z takiej wielości fantastycznych wydarzeń - cały czas się coś dzieje, zaś opisy uczuć bohaterów zostały sprowadzone do minimum, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Pod koniec dostajemy już bardziej rozbudowany obraz uczuć głównych bohaterów. 
Przez większość książki sposób opisywania wydarzeń Marqueza jest tak pocieszny, że nawet kiedy pisarz opowiada o chorobach śmiertelnych, nie wydają się one szczególnie warte naszego strachu.

,,Sto lat samotności" to pewnie najbardziej znana z kolumbijskich powieści, pełna uroku, skomplikowanych rodzinnych sytuacji, i magii. Warto ją poznać, choć większość czytelników będzie pewnie potrzebowała wygospodarować sobie na nią chwilę czasu. To książka wcale nie długa objętościowo (moje wydanie ma zaledwie 350 stron), a przepakowana treścią - chyba nigdy nie czytałam powieści tak skondensowanej, którą dałoby się znacznie rozciągnąć, a dalej nie byłaby przegadana. Właśnie to czyni ją lekturą dosyć wymagającą, i trzeba uważać, żeby w którymś momencie jej czytanie nie wydłużyło się nam do okresu stu lat.


,,...historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi."





Gabriel García Márquez to zmarły w 2014 roku kolumbijski powieściopisarz, dziennikarz i działacz społeczny, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku, za powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”. Jest to jeden z najbardziej znanych pisarzy realizmu magicznego. Jego powieść ,,Sto lat samotności" odnosi się do dziejów całego kontynentu Południowej Ameryki. Przyjaźnił się z kubańskim rewolucjonistą i dyktatorem Fidelem Castro. Syn pisarza, Rodrigo Garcia, jest znanym reżyserem.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Polski wymiar 'nie'sprawiedliwości - „Polska odwraca oczy”, Justyna Kopińska. Recenzja

Reportaże Justyny Kopińskiej to przede wszystkim droga do ukarania przestępcy, tam gdzie organy ścigania i sądy poruszają się jak w błocie, wolno i nieskutecznie, nie przykładając do spraw odpowiedniej wagi. Jednak dzięki dziennikarskiej interwencji, upublicznianiu przestępstw i nagłaśnianiu ich, często następuje przyspieszenie niezbędnych działań. Doniesień niewygodnych i spraw trudnych nie zamiata się już pod dywan.
W „Polska odwraca oczy” mamy również reportaże zwyczajnie poruszające, takie jak to opowiadające o niedosłyszącym młodym mężczyźnie, dla którego ciężko było wykopać drogę ku kształceniu się, pomimo muzycznego talentu. W Polsce lepiej nie być niepełnosprawnym.
Dzięki płynnemu i dynamicznemu stylowi, w którym mamy same konkrety, reportaże stanowią książkę, której warto poświęcić czas i myśli... poświęcić trzeba też nerwy, bo od większości opisanych wydarzeń robi się po prostu słabo.

Rozmowa z żoną Mariusza Trynkiewicza to z pewnością mocny wstęp. Podejmując rozmowę z dziennikarką, Anna prawdopodobnie starała się zmienić wizerunek poślubionego w więzieniu męża. Według niej to media rozpowszechniają fałszywe wiadomości o ,,jej Mariuszku" jako o psychopacie, w rzeczywistości ma to być po prostu były morderca - inteligenty, delikatny, znający historię i sztukę.
Jednak przez swoje niespotykane opinie, kobieta wywiera na czytelniku piorunujące wrażenie osoby, która zgubiła gdzieś swoją moralność i nie potrafiła jej znaleźć. Jako matka jest w stanie powiedzieć: „ Nawet gdyby ktoś zgwałcił czy zamordował moją córkę, to nie życzyłabym mu śmierci. Dwadzieścia pięć lat więzienia to również zbyt okrutna kara”. A przecież mówimy o zabójcy czterech nastolatków...
Pani Ania dokłada do tego opinię, że ci chłopcy po wyrośnięciu staliby się złoczyńcami; że nie poszliby do mieszkania Mariusza na obiecane im strzelanie z wiatrówki, gdyby tylko mieli rozum. Zdaniem „To była ich decyzja, że nie żyją” bezcześci swoją szansę na pozytywny odbiór jej wypowiedzi, i maluje siebie jako osobę omamioną przez męża, schwytaną w pułapkę olśniewającej osobowości człowieka, który wszystkich innych niepokoi.
Gdybym była bardziej cyniczna, może naszłaby mnie chęć powiedzenia pani Annie o innych wrażliwych więźniach znanych historii, takich jak Al Capone, który w Alcatraz do utworu czeskiego kompozytora napisał słowa „Boskie dźwięki humoreski, poruszacie i napełniacie moje serce...”. Czy jego też, przez tę urzekającą wrażliwość, chętnie by poślubiła? A może to prestiż tej postaci wpłynąłby na decyzję? Odpowiedzi na te kwestie podpowiedziałyby nam, skąd może wynikać absolutna obojętność wobec przeszłości człowieka, za którego postanowiła wyjść.

Inny raportaż dotyczy ordynator Annę M, na którą w gdańskim szpitalu psychiatrycznym pacjenci mówili ,,Hitler" lub ,,gestapowiec". Z jej polecenia nastolatków z oddziału XXIII przypinano pasami do łóżka na kilka miesięcy, podając im silne leki; zmuszano ich do biegu w bieliźnie i bez obuwia w kilkunastostopniowym mrozie; kazano bez powodu cały dzień stać na baczność na korytarzu; wyzywano i poniżano w okrutny sposób.
Ponieważ rozprawa w sądzie dotycząca jej znęcania odbyła się dopiero pięć lat po tych makabrycznych wydarzeniach, Anna M. mogła dalej prowadzić z pacjentami ,,leczenie", bez żadnego nadzoru. Policja i prokuratura działają w ten sposób również w sprawach zaginięć dzieci i morderstw - powoli, najlepiej jeśli wszystkie dowody zbiorą się same.
Justyna Kopińska w rozmowach z bliskimi ofiar, policjantami i prokuraturą przybliża czytelnikowi system, który stoi za tak nieumiejętnym ściganiem przestępców.
Okazuje się, że w pracy śledczych najważniejsze są statystyki. Dlatego średnia odnalezionych morderców jest w Polsce o ponad dwadzieścia procent wyższa, niż w innych krajach europejskich, stosujących lepsze metody. U nas większość spraw, gdzie są poważne przesłanki do podejrzewania zabójstwa, zamiast badana jest archiwizowana. Procenty muszą się zgadzać, inaczej policja w danym okręgu uważana jest za niekompetentną. Ambitnym śledczym, chcącym pracować nad dochodzeniami trudnymi, grozi się wyrzuceniem z pracy; tacy ludzie nie mieliby również szansy na awans. Liczy się ilość rozwiązanych spraw, na ich trudność się nie patrzy. Korzystne jest również klasyfikowanie przez prokuraturę morderstwa jako nieumyślnego spowodowania śmierci.

,,Z powodu przymusu podciągania statystyk, tych najbardziej  niebezpiecznych przestępców, którzy potrafili ukryć ciało i mogą zamordować ponownie, traktujemy najłagodniej."

Wymiar sprawiedliwości działa w taki sposób, że często nie ma nikogo, kto byłby winny odraczaniu sprawy i błędach w jej prowadzeniu. Przez przedłużanie pobytu bandytów na wolności, lista ofiar się wydłuża, jednak gdy dziennikarka dzwoni po informacje, chce dowiedzieć się, kto za tym stoi, słyszy tylko: ,,Proszę spytać policję", a potem ,,Nad sprawą nadzór miała prokuratura. My nie odpowiadamy na to pytanie". Kiedy kobieta dalej drąży, dostaje odpowiedź: ,,Może pani napisać pismo, a my odmówimy".

Ofiarom opisanym w reportażach często się nie wierzyło, w końcu do zeznań pacjentów szpitala psychiatrycznego, dzieci z biednych rodzin i więźniów, podchodzić trzeba z rezerwą. Kobiecie zgwałconej policjantka wmawiała, że zmyśla, i że trzeba było krzyczeć głośniej, a oprawcę kopać mocniej. Później umorzyła sprawę.
Nikt nie chciał uwierzyć dzieciom, że siostra zakonna pobiła kogoś do nieprzytomności, bo habit tworzy autorytet. O wielu bulwersujących sprawach w Polsce nie wiemy, dopiero dążąc do sprawiedliwości we własnej sprawie zauważamy, jak wadliwe jest prawo.

Gdy Anna M. źle traktowała pacjentów i skazywała ich na wymyślne kary, salowi i pielęgniarki jedynie obserwowali koszmar, przez który codziennie przechodzili nastolatkowie. Musiał minąć długi czas, zanim ktoś z nich w końcu odpowiednio zareagował i opowiedział o przestępstwach odpowiednim służbom. Policjanci wiedzą, że przymus trzymania się statystyk i nieskupianie na dobru ofiar to podły wymysł, jednak tak samo jak pielęgniarki w gdańskim szpitalu, boją się stracić pracę, jeśli nie posłuchają rozkazów z góry. Przez nieprzystosowanie prawa do rzeczywistości i bierność policjantów, liczba bandytów niepostawionych przed sądem ciągle wzrasta.
Czy aby tutaj nastąpiła jakaś zmiana, też będzie trzeba jeszcze długo czekać?



Justyna Kopińska to polska reporterka, socjolog, i dziennikarka pisząca dla Gazety Wyborczej. Jest laureatką wielu nagród - najbardziej prestiżowa to European Press Prize, otrzymana za reportaż ,,Oddział chorych ze strachu''. Dąży do prawdy i, jak mówi, nie zależy jej na rozmowach z ludźmi z pierwszych stron gazet, woli docierać do tych, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie, a nikt ich o nie nigdy nie zapytał.