poniedziałek, 19 listopada 2018

Cmentarz myśli szerokiej - ,, Moralność pani Dulskiej", Gabriela Zapolska. Recenzja

 

Gabriela Zapolska stworzyła sztukę, która przeszła do klasyki, mimo że jest bardzo przystępna i lekka w odbiorze. Oczywiście ciężkość dzieła nie jest kryterium do stania się klasykiem, jednak trudno jest traktować z lekkością tematy najczęściej w klasyce spotykane, takie jak bieda, wojna i różnego rodzaju ubóstwa. „Moralność pani Dulskiej” nie ma w sobie elementów potrafiących głęboko przeciętnego czytelnika poruszyć, jednak jest to historia uniwersalna, w dodatku wciąż chętnie adaptowana w teatrach.

„Moja pani! Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział."

W Moralności pani Dulskiej" cała akcja ma miejsce w mieszkaniu rodziny Dulskich, domu różnych indywidualności i postaci komicznych.
Mamy pana Dulskiego, nic nie mówiącego od niewiadomego czytelnikowi czasu, chodzącego w kółko po mieszkaniu; syna uganiającego się za kobietami; dwie córki, jedną o charakterze zbyt sprośnym, drugą, odwrotnie, o nadzwyczajnym obrzydzeniu w stosunku do spraw damsko-męskich; do tego niepozorne panie u Dulskich pracujące, i oczywiście panią Dulską, budującą swoje życie na pozorach. Jest to familia żyjąca w głębokim zakłamaniu, z którego, bez powodzenia, próbuje wyłamać się syn. Jednak pod koniec dnia i on wie, że całe jego życie w końcu sprowadzi się do bycia kołtunem - takim jak wszyscy Dulscy. Czy jego przewidywania okażą się słuszne? I do czego może doprowadzić chorobliwe dbanie o powierzchowność?

Odpowiedzi, udzielone z odpowiednio wyważoną dawką humoru, znajdziemy na kartach komedii „Moralność pani Dulskiej” lub odwiedzając teatr.


„A przestań się malować, bo wyglądasz jak kamienica odnowiona na przyjazd cesarza.”
 „Więc też ja myk z domu, bo w domu właściwie cmentarz. A czego? Myśli - swobodnej, szerokiej myśli.”



,,Moralność pani Dulskiej" to komedia warta przeczytania choćby ze względu na jej wpływ na polską kulturę, ale także jej przedstawienie w przystępny sposób wartości, którymi niektórzy kierują się do tej pory. Czy to, jacy zdajemy się być z zewnątrz, naprawdę jest ważniejsze od naszego prawdziwego życia? Na ile, będąc młodymi ludźmi, jesteśmy sami w stanie kierować swoim życiem? To są pytania dotyczące kwestii, które zmieniają się na lepsze na przestrzeni lat, a jednak odpowiedzi na nie pozostają podobne.
Kiedy naprzeciwko naszym własnym przekonaniom występują upodobania całego społeczeństwa, czy jesteśmy w stanie się im opierać, tak aby nie stać się ... kołtunem?



Gabriela Zapolska (ur.1857, zm.1921) to przedstawicielka naturalizmu w Polsce, aktorka, dramatopisarka, powieściopisarka i publicystka. Zapolska to jej pseudonim, w rzeczywistości nazywała się Maria Gabriela Janowska. Jako pisarka starała się przede wszystkim ukazywać przywary ludzkie i niepokojące zjawiska społeczne.
  

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miłość opisana przez łyżwiarkę chybotliwą - „Art and Soul”, Brittainy C. Cherry. Recenzja


Wątki związane z chorobami, związkami zaistniałymi w młodości, czy problemami w rodzinie i życiu młodego człowieka - one często pojawiają się w obyczajówkach, skierowanych do nastolatków. Można z nich stworzyć powieść poruszającą, można wnieść do tego gatunku coś świeżego. Ale można też być jak zacięta płyta, która tylko powtarza to, co już wcześniej usłyszeliśmy. I „Art and Soul” trochę w sobie z takiej płyty ma... Czy jednak należy tę książkę spisywać na straty?

,,A person who never truly lost themselves could never truly find themselves either.
Art was everything right and wrong in the world. It understood what words couldn't say."

„Art and Soul” to historia dwojga młodych, poznających się w wieku kilkunastu lat ludzi. Żeńska bohaterka ma problem, ponieważ przez podjęcie złej decyzji musi sama poradzić sobie z ciężarem życia kiełkującego w jej brzuchu i przyszłością z nim związanego. Bohater męski też ma problem, ponieważ jako siedemnastolatek musi zdecydować pomiędzy pozostaniem z jednym z dwojga rodziców, podczas kiedy obojga trawi choroba. Można się domyślić, że zamysł książki jest taki, że bohaterowie mają się wzajemnie ze swoich problemów uzdrowić. Co takiego jest z tą historią nie tak, jak być powinno?

Rozpoczęcie akcji książki młodzieżowej od momentu pójścia bohaterów do szkoły to bardzo szablonowe posunięcie. Do tego dochodzą zachowania społeczności szkolnej, które są najzwyczajniej stereotypowe, często nieuzasadnione.
Jeden z bohaterów, dopiero będąc w ostatniej klasie liceum, trafia do szkoły, wcześniej uczył się w domu. Oczywiście placówka edukacyjna okazuje się być takim piekłem, jak przedstawiały to filmy. Fragmenty tego dotyczące to jakby kalki z innej powieści tego samego gatunku, książki „Hopeless” autorstwa Colleen Hoover. Inne elementy, które 'już gdzieś widzieliśmy', to sposób na zapoznanie ze sobą głównych bohaterów - praca nad wspólnym projektem szkolnym. Wygląda to jak „Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven. Ta powieść wydana została jednak tylko kilka miesięcy wcześniej od recenzowanej, trudno tu więc mówić o możliwości inspirowania się.
Mimo to wyraźnie widać, że Brittainy C. Cherry po prostu nie jest oryginalną postacią na arenie gatunku Young Adult. Szczególnie jeśli spojrzymy na jej styl pisania, który idealnie wpisuje się we wzór stosowany przez, mam wrażenie, większość amerykańskiej piszącej populacji. Bo kiedy myślę o amerykańskiej romantycznej i obyczajowej literaturze współczesnej, wydaje mi się, że pisarzom odgórnie się mówi, aby napisali książkę taką, jak wszystkie inne.
Co to oznacza u tej konkretnej autorki? Między innymi bezustanne tworzenie wypowiedzi poprzez powtarzanie pierwszych słów zdania poprzedzającego:

„My anger with Mom. My anger with cancer. My anger with life.”

„Maybe this time would be different. Maybe this time, the medicine and treatment would work.”

„He tried to be good. He tried to protect the ones he loved.”

„We kissed with the fear. We kissed with the anger. We kissed with everything we had inside of us. And then we kissed some more.”


Choć rozumiem, jakie uczucia ma wywołać u odbiorcy takie układanie zdań, lekko to męczy przy spotykaniu tego na każdej stronie.

A teraz trochę z innej strony - lubię oglądać występy łyżwiarzy figurowych. Kiedy obserwuje się łyżwiarzy na Igryskach Olimpijskich, można zauważyć, że jazda pierwszej części uczestników sprawia wrażenie chybotliwej. Przy naprawdę dobrych występach zapominamy, że lód jest śliski, przy średnich - boimy się, że łyżwiarz za chwilę się przewróci. I ja czytając historię napisaną przez Brittainy C. Cherry przypomniałam sobie o tych chybotliwych łyżwiarzach figurowych - tak autorka radzi sobie z tworzeniem historii. Po lekturze zostaje smak odrealnienia w ustach, a przede wszystkim w czytających słowa oczach. Coś w „Art and Soul” jest naciągnięte, a to Coś dotyczy braku odniesień do spraw, z którymi borykają się codziennie ludzie, czy nielogicznych zachowaniań wielu bohaterów. Oczywiście w przykazaniach pisarza nie jest nigdzie zapisane, że każdy bohater musi być logicznie postępującą osobą, bo i w prawdziwym świecie mamy takich ludzi deficyt.
W przykazaniach pisarza jest za to zapisane, że jeśli ktoś zachowuje się nielogicznie, narrator lub bohater książki musi to zauważyć. A ja mam wrażenie, że nie widzi tego nawet autorka książki, i w tym cały szkopuł.

„Maybe it's okay to no longer be the person we thought we were meant to be. Maybe it's okay to just be who we are now and accept that.”

Ogólnie, w historii przez pisarkę wykreowanej, każda strona jest kumulacją wszystkiego, co najgorsze człowieka może w życiu spotkać, bo bez tego autorka by silniejszych emocji w czytelniku wywołać nie potrafiła.
Jednak w powieści Brittainy C. Cherry jest pewien element, który spodoba się prawdopodobnie wszystkim, którzy zdecydują się ją pprzeczytać. Jedną rzecz opisała ładnie i nienachalnie - miłość rodzącą się między bohaterami. Ich relacja płynie wolno, rozwija się z biegiem wydarzeń, i chociaż, jak w każdej powieści Young Adult, są tu żenujące wstawki o mięknących kolanach (bo oczy głównego bohatera są tak! piękne!), to całokształt tego wątku pozostawia ciepło w sercu.

Ważnym elementem książki miała być sztuka, ale, czemu mnie to nie dziwi, Coś nie wyszło. Po przeczytaniu 20 stron „Śmierci Komandora” Harukiego Murakamiego dowiedziałam się o sztuce więcej, niż z całej „Art and Soul”.
W dodatku męski bohater podobno kocha słowa, w wielu miejscach nam o tym się przypomina, tylko że ten chłopak używa tak prostego języka, że z jego codziennej lektury słownika ewidentnie nic nie wynika. Zatrważające było to, że główni bohaterowie, których pasje są jednoznacznie związane z kulturą, nie wiedzieli, kim był Marek Aureliusz.
Uczcijmy Wiedzę Powszechną minutą ciszy.




Miłe było jednak obserwowanie, jaki sztuka miała wpływ na proces dorastania obojga bohaterów.

Wiele złego można o tej książce powiedzieć, jednak kiedy po nią sięgnęłam, miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, i powieść Cherry była dokładnie tym, czego się spodziewałam. Niedociągnięcia są jednak w moich oczach nie do odpuszczenia.
Nie porównuję jej do innej książki pisarki, „Kochając pana Danielsa”, ponieważ zbyt wiele czasu minęło pomiędzy przeczytaniem jednej a drugiej powieści, i moje wrażenia są zatarte. Wiem natomiast, że „Kochając pana Danielsa” wplotło chociaż Shakespeare'a do bibliotek bohaterów, a tutaj - tylko ten nieszczęsny Marek Aureliusz.
Jeśli kochacie opowieści z tego gatunku, szukacie książki, która otuli Was ciepłem, pewnie będziecie zadowoleni. Ja jednak nie widzę powodu, żeby otaczać się takimi powieściami, kiedy możemy sięgnąć po coś, co będzie chociaż dopracowane.
Jako czytelnicy - nie pozwólmy, aby książki, którym brakuje sensu, stały się literackim standardem.
  


Brittainy C. Cherry to amerykańska pisarka. Jej pierwsza książka to „The space in between”, wydana w 2013 roku. Bardzo ciepła postać - na mnie sprawia wrażenie osoby, której nie da się nie polubić.

czwartek, 18 października 2018

Odnajdując się w barwnym świecie ciemności - Niewidzialna Wystawa

źródło: https://niewidzialna.pl/galeria

Niedawno miałam okazję spędzić dzień w polskiej stolicy, ale nie zaplanowałam wcześniej, jakie miejsca chcę odwiedzić. Nie miałam na to czasu, pewnie też niewiele chęci. Dlatego aby znaleźć coś dla siebie spośród wielu rozrywek, jakie ma Warszawa do zaoferowania, spojrzałam na mapę miasta.
Zainteresował mnie punkt w centrum, nazwany Niewidzialną Wystawą - bo miał rozbudzającą wyobraźnię, oryginalną nazwę. Pomyślałam, że tak może nazywać się wystawa sztuki nowoczesnej, ale recenzje ludzi wskazywały na coś innego. Goście wystawy pisali o całkowitej ciemności na niej panującej, zwiedzanie miało być niezapomnianym doświadczeniem, a eksponaty wystawy tajemnicą i niespodzianką. Po takich rekomendacjach postanowiłam udać się we wskazanym na mapie kierunku - i dopiero będąc u wejścia wystawy zorientowałam się, że chodzi o coś więcej niż zwykły pomysł na wystawę inną niż wszystkie.

Postanowiłam przybliżyć Wam Niewidzialną Wystawę, ponieważ jest to miejsce, w którym uwalniają się myśli, możliwe jest tam doświadczenie świata z zupełnie nowej perspektywy, a człowiek mimowolnie zaczyna się zastanawiać nad kwestami wcześniej mu obcymi - opisując to krótko, jest to przeżycie rozwijające.
Ale nie jest to jedynie bezcelowe poruszanie się w ciemności. Nade wszystko chodzi o przybliżenie odwiedzającym punktu widzenia osób niewidomych.

Niewidzialna Wystawa to zmienienie ról. W życiu codziennym to my staramy się pomóc osobom pozbawionym wzroku w poruszaniu się po świecie, który został zaprojektowany dla widzących. Kiedy natomiast nagle znajdziemy się w przestrzeni wypełnionej ciemnością, osoby niewidome mogą nam pomóc w odnalezieniu się w tej rzeczywistości, która dla nich jest życiem, nie jednogodzinną przygodą. Dlatego przewodnicy Niewidzialnej Wystawy to osoby niewidome lub słabo widzące, prowadzące nas głosem przez ich codzienność.

Poza możliwością doświadczenia różnego otoczenia za pośrednictwem zmysłów innych niż wzrok, na Niewidzialnej Wystawie będziemy mogli również z naszym przewodnikiem porozmawiać - oprowadzane grupy są niewielkie, można więc swobodnie zadawać pytania. Po około godzinie znajdziemy się w części widzialnej wystawy, gdzie dodatkowo można się dowiedzieć o udogodnieniach, z jakich na co dzień korzystają niewidomi, na przykład o detektorze kolorów.

Doświadczenia gości wystawy są różne, ale chyba wszyscy po wyjściu z ciemności się zgadzają, że jest to coś niezapomnianego. Nie mieszkam w wielkim mieście, w którym istniałoby wiele udogodnień i możliwości rozwoju dla osób niewidomych - jeśli są oni w moim otoczeniu, nie wiem o tym, ponieważ ich nie spotykam, i nigdy nie miałam okazji im pomóc. To w połączeniu z faktem, że na wystawę trafiłam z przypadku, sprawiło, że nie zastanawiałam się wcześniej zbyt długo nad życiem takich ludzi. Mimo to, nie spodziewałam się takiej zmiany perspektywy po odwiedzeniu wystawy.
Odkrywanie świata w ciemności miało dla mnie zaskakująco niewiele wspólnego ze słowem 'niepełnosprawność', przypominało mi to raczej uczenie się nowego języka, poznawanie innego sposobu komunikacji z ludźmi i otoczeniem. Osoby niewidome zaczęły mi się jawić jako w pewien sposób magiczne, potrafiące dostrzegać rzeczy ważne, ale w świecie widzialnym przytłumione.

Polecam tę wystawę wszystkim, którzy znajdą się kiedyś w Warszawie i będą się zastanawiali, jak spędzić czas tak, aby nie mieć wrażenia jego marnowania.